Publicystyka

„Zostawcie Cesca w spokoju!” Cesc Fabregas nie miał najlepszego sezonu. Nikt nie ma co do tego wątpliwości. Jednak ostatnio wielu kibiców jest zdania, że nie jest to typowy spadek formy tylko brak oddania kapitana klubu. Cesc Fabregas, który od 17. roku życia gra w podstawowej jedenastce Arsenalu, który nie chce schodzić z boiska gdy jest kontuzjowany, gra z mocno poturbowaną nogą, żeby tylko pomóc drużynie i bierze na swoje barki walkę o trofea, nie wykazuje zaangażowania. Temu właśnie Hiszpanowi nie zależy na Arsenalu, jego głowa/serce/dusza są w Barcelonie i w ogóle nie zasługuje by być w tym klubie. Czy nie wydaje się to trochę… nie fair w stosunku do samego zawodnika?Spójrzmy na początek na statystyki. Najlepszym porównaniem Fabregasa niech będzie Xavi Hernandez – rozgrywający Barcelony, jeden z dobrych przyjaciół Cesca. Porównajmy statystyki obu panów.Xavi zaczął swoją karierę w pierwszej drużynie Barcelony w wieku 18 lat, więc w podobnym wieku, co Fabregas (17 lat). Jednak jeśli przyjrzymy się uważnie liczbie spotkań rozegranych przez obu pomocników, różnicę widać gołym okiem.Xavi:89-99: 2699-00: 3800-01: 3601-02: 5202-03: 4403-04: 49Fabregas:04-05: 4605-06: 5006-07: 5407-08: 4508-09: 3309-10: 36Jak nie trudno zauważyć, Xavi rozegrał o wiele mniej spotkań przez swoje pierwsze lata kariery. 18-letni Fabregas zagrał 50 (!) spotkań w pierwszej drużynie, zagrał nawet w finale Ligi Mistrzów w Paryżu. Był podstawowym zawodnikiem Wengera. Xavi Hernandez był jedynie wprowadzany w tym wieku do drużyny. Zastępował Guardiolę, grał z Guardiolą, dzielił minuty z innymi pomocnikami. Wprowadzany był powoli, połowę meczów rozegrał w pucharach, trochę w lidze. Dopiero w wieku 22 lat Xavi rozegrał 52 spotkania w jednym sezonie. W tym wieku Fabregas miał już na koncie 4 sezony w których rozegrał około 50 spotkań. No dobrze, ale po co to wszystko?Odpowiedź jest bardzo prosta: wypalenie, a co za tym idzie – kontuzje. Fabregas ma na koncie 303 spotkania w Arsenalu, Xavi 574 spotkania w Barcelonie. 24-letni Fabregas rozegrał 52% tego, co 31-letni weteran Xavi Hernandez. Każdy, kto choć odrobinę się nad tym zastanowi zauważy, że mogą się z tym wiązać pewne problemy zdrowotne. W wieku 18 czy 19 lat ciało ludzkie nie jest jeszcze w pełni rozwinięte i nie jest wskazane, by piłkarz grał aż tyle spotkań, szczególnie na tak wysokim poziomie. Dodajmy do tego, że liga angielska polega na sile fizycznej, a hiszpańska jest bardziej techniczna – czyli Fabregas narażony był na o wiele więcej brutalnych wejść niż jego starszy kolega z Katalonii. Nie trudno wydedukować, że kontuzje musiały nadejść.Nieodpowiedzialne decyzje Wengera który wystawiał piłkarza w takich ilościach (inna sprawa czy miał inny wybór) się zemściły i od ostatniego sezonu zaczęły się coraz częstsze problemy z kontuzjami. Fabregas opuścił wiele spotkań w poprzednim jak i w tym sezonie z powodu kontuzji spowodowanej po prostu przemęczeniem materiału a nie faulami. Dodajmy do tego fakt, że Cesc Fabregas nie miał wakacji od lata 2009. Albo był kontuzjowany albo grał. W lecie 2010 wyjechał z reprezentacją Hiszpanii na Mundial do RPA i oczywiście nie grał w każdym meczu, ale trenować musiał cały miesiąc, a oprócz tego rozegrał kilka meczów z ławki. Od tamtej pory wrócił do klubu i trenował od początku sierpnia. Miał 3 tygodnie przerwy. To są całe jego wakacje. Połowa tego, co reszta zawodników (poza Van Persiem). Wrócił do gry i grał non-stop póki nie przyszły kontuzje. Kontuzje, które nigdy nie były w pełni wyleczone, bo Wenger, podobnie jak rok temu, ryzykował i wystawiał Fabregasa (prawdopodobnie pod naciskiem samego zawodnika) z nie do końca zaleczoną kontuzją. Ciężko jest grać z bólem czy bez pełnej sprawności fizycznej i nie ma wątpliwości, że to właśnie spowodowało kiepską formę Fabregasa. Jestem przekonany, że po tegorocznych wakacjach, które Fabregas spędzi odpoczywając i lecząc niedoleczone kontuzje, zobaczymy starego, dobrego Cesca. Tego samego, którego widzieliśmy przez większą część sezonu 2009-10. 1,5 miesiąca przerwy, powrót do treningów na świeżo po dobrych wakacjach i wszystko będzie tak, jak było rok temu.Ale są ludzie, którzy nie przyjmą tego do wiadomości. Dalej będą chodzić i gadać, że Cescowi się nie chce, że jest już dawno myślami w Barcelonie i że w ogóle trzeba mu zabrać opaskę, a najlepiej to wyrzucić z klubu. Zawodnika który od 8 lat daje z siebie wszystko dla tego klubu… Tym osobom sugeruję dwie rzeczy: trochę szacunku i zastanowienia się nad tym, co gadają bo jest to godne pożałowania.Autor: Bartosz Ciurski 


 „Za pięć dwunasta”  Tak jak wrzesień dla wszystkich uczniów jest zakończeniem laby jaką są wakacje, tak dla fanów Premier League sierpień jest znakiem, że przerwa od oglądania najlepszej piłki na świecie właśnie mija i za pasem jest początek nowego sezonu. I tak jak wśród młodych ludzi wakacje lato jest czasem na nabranie sił przed kolejnymi 10 miesiącami spędzanymi nad książkami i konfrontowania z mniej lub bardziej perfidnymi nauczycielami (oczywiście, nie tyczy się to wszystkich – wielu jest takich, dla których przekazywanie wiedzy młodym ludziom jest misją i potrafią znajdywać wspólny język ze swoimi podopiecznymi) to przede wszystkim kluby zamiast na 3 miesiące zapominać o bożym świecie zbroją swoje drużyny w czasie trwającego okienka transferowego. Często ten okres pozwala wyłonić „papierowych” faworytów nadchodzącego sezonu, wydawałoby się, że ilościowo i jakościowo będące w stanie zmienić panującą hierarchie w rozgrywkach, w których biorą udział.W samej Premier League takie zjawisko miało już miejsce w zeszłym sezonie, kiedy to na co najmniej jeden rok został zmieniony skład Big Four – miejsce Czwartego Wspaniałego na rzecz Tottenhamu stracił Liverpool. I właśnie chciałbym się napisać parę słów o najsłynniejszej po Beatlesach firmie z Liverpoolu. Przede wszystkim w klubie z Anfield doszło do paru kluczowych zmian, które mogę mieć nie tylko wpływ na nastroje po czerwonej stronie Merseyside, ale również na ogólny obraz nadchodzącego sezonu. Najważniejsza jest oczywiście zmiana na stołku menadżerskim – Rafa Benitez, świadomy niespełnionej misji (celem Hiszpana było przede wszystkim odzyskanie tytułu dla „The Reds”, skończył bez choćby gry w eliminacjach Ligi Mistrzów) opuścił deszczową Anglię i zmienił otoczenie na Mediolan przejmując stery Interu Mediolan. Miejsce byłego trenera między innymi Valencii zajął Roy Hodgson, który w Fulham w ciągu ostatnich dwóch lat z drużyny rokrocznie walczącej o utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej w Anglii stworzył grupę zawodników nie tylko groźną dla faworytów (między innymi zwycięstwa u siebie z Arsenalem czy Manchesterem United), ale również godnie reprezentującą kraj w rozgrywkach europejskich. Dla przypomnienia, w tym sezonie doszli aż do finału Ligi Europejskiej eliminując między innymi słynny Juventus Turyn. Podopieczni Hodgsona wprawdzie nie przywieźli na Craven Cottage trofeum będący spadkobiercą Pucharu UEFA przegrywając z Atletico Madryt to jednak pozostawili po sobie świetnie wrażenie. Oczywiście, wkład Hodgsona nie mógł być niezauważony dlatego otrzymał szansę na prowadzenie jednego z najbardziej utytułowanych klubów w Europie. I chociaż sezon się jeszcze nie zaczął, Hodgson zdążył odnieść sukcesik jakim było zatrzymanie w klubie najważniejszych piłkarzy z Anfield czyli Stevena Gerrarda i Fernando Torresa oraz wzmocnić drużynę Jovanoviciem czy utalentowanym, jednak z powodu nękających go kontuzji nie w pełni potrafiącym wykorzystać swój potencjał Joe Cole’em. Takie działania dają mały promyk nadziei na zdobycie upragnionego i stęsknionego już tytułu.Kończąc o Liverpoolu, nie mogę także zapomnieć o zmianach w zarządzie jakie miały miejsce na Anfield – klub opuszczają panowie Hicks i Gillett, którzy w ciągu 4 lat zdążyli wprowadzić ‘The Reds” w długi i zjednoczyć wszystkich „czerwonych” w nienawiści do obu Amerykanów.Równie ciekawa w tym sezonie może być postawa nowego członka Big Four, Tottenhamu. Najważniejszym wyzwaniem dla „Kogutów” będzie oczywiście utrzymanie się w elicie Premier League, co na chwilę obecną wydaje się być dosyć realnym celem. Na „White Hart Lane” przede wszystkim nie doszło do żadnych osłabień i Harry’emu Redknappowi udało się utrzymać skład, który z roku na roku co raz lepiej się zgrywa i wydaje się być tak samo silny jak w sezonie 2009/10. Pewną przeszkodą dla drużyny z Północnego Londynu może być walka w Lidze Mistrzów i zagadką jest czy dysponują na tyle szeroką kadrą aby z powodzeniem walczyć na dwóch frontach (pamiętając również o krajowych pucharach!).Innym klubem, który wzbudza ogromne zainteresowanie wśród fanów Premier League jest Manchester City, który tak jak rok temu znowuż był najaktywniejszym angielskim klubem podczas okienka transferowego. I tak jak w zeszłym roku „The Citizens” skupili się przede wszystkim na ofensywie (pozyskanie między innymi Adebayora, Carlosa Teveza czy Santa Cruza) tak przed zbliżającymi się rozgrywkami na „City of Manchester Stadium” zawitał zastęp piłkarzy mający w celu wzmocnić tyły w zespole prowadzonym przez Roberta Manciniego. Wystarczy wspomnieć o Yayi Toure czy Jeromie Boatengu i na naszych oczach tworzy się kolejna ekipa, która przynajmniej na papierze wydaje się być kandydatem na Mistrzostwo Anglii.Skoro mowa o mistrzach, interesująco dzieje się w Chelsea. Włoski menedżer „The Blues”, Carlo Ancelotti, dokonuje powolnej zmiany pokoleniowej na Stamford Bridge, pozbywając się z kadry między innymi Michaela Balladka (powrót do Bayeru Leverkusen) czy Deco (Fluminense). Wzmanian do klubu przyszedł Brazylijczyk Ramires, zakupiony za ok. 20 mln funtów z Benfiki. Londyńczycy starają się także o pozyskanie młodych rodaków defensywnego pomocnika, Neymara i Pato. I jeśli Lampard, Terry, Drogba, Essien i spółka kolejny sezon zagrają na miarę swoich umiejętności to kolejny sezon również może być grany w rytmie „Blue is the colour, football is the game…”. Z drugiej strony, tajemnicą poliszynela jest to, ze dla właściciela Chelsea najważniejsza jest Liga Mistrzów i większe skupienie się Mistrzów Anglii na rozgrywkach w Europie może być szansą dla pretendentów do tytułu. Poza tym, kadra Chelsea jest nadal najbardziej wiekową w całej lidze i istnieje ryzyko, że piłkarze z zachodniej części Londynu mogę nie mieć wystarczającej ilości sił na skuteczną walkę na obu frontach.Podobnie sytuacja ma się także w Manchesterze United – choć drużyna z Old Trafford wzmocniła się młodym Meksykaninem Javierem Hernandezem, który swoją postawą na mundialu wlał sporo nadziei w serca fanów „Czerwonych Diabłów” to jednak większość kadry wydaje się być zdecydowanie bliżej końca niż początku kariery – między Ryan Giggs czy Paul Scholes, pomimo ogromnego doświadczenia oraz umiejętności nie prezentują takiej formy jak powiedzmy 5 lat temu. W składzie United bije także brak porządnego rozgrywającego, bo póki co Michael Carrick czy Anderson nie prezentują takiej gry, jakiej oczekiwałby od nich sam sir Alex Ferguson. Oczywiście, MU mogą nadal pochwalić się jedną z najsilniejszych linii obrony na świecie z Rio Ferdinandem oraz Nemanją Vidiciem na środku czy wiekowym, ale przeżywającym trzecią młodość Edwinem van der Sarem, ale prócz coraz starszego zespołu i relatywnie przeciętnym środku pola (nie ubliżając rewalycjnemu w zeszłym sezonie Fletcherowi) drużyna cierpi na spory deficyt napastników. Oczywiście, jest Rooney, jednak w przypadku kontuzji Anglika cały potencjał ofensywny drużyny z „Old Trafford” spada o jakieś 70%.Na wzmiankę zasługuje także Arsenal, obecnie trzecia siła w Anglii. Drużyna Arsene’a Wengera jak co roku jest największą zagadką przed sezonem – wydaje się, że właśnie w tym roku „Kanonierzy” powinni wylecieć z „Big Four”, ci jednak jak na złość są w czołówce i na pewno będą groźni w walce o tytuł. Na pewno przemawia za tym potencjał ofensywny – posiadanie w składzie Robina van Persiego czy Franceska Fabregasa (swoją drogą, zatrzymanie Hiszpana jest nie tylko wielkim sukcesem francuskiego menedżera, ale również małym prztyczkiem w nos Barcelony) wspomaganych przez Andrieja Arshavina na pewno budzi podziw wśród innych drużyn. Jeśli dojdzie do tego oczekiwany wybuch talentu u Theo Walcotta, Samira Nasriego czy Nicklasa Bendtnera a także szybkie wkomponowanie się w składzie pozyskanego za darmo Marouana Chamakha to kolokwialnie mówiąc, każda linia obrony nie tylko w Anglii, ale także w Europie będzie miała „pełno w gaciach” przed potyczkami z Arsenalem. Ciekawie wygląda także linia pomocy na „The Ashburton Grove” – prócz kapitanującego Fabregasa są w drużynie dobrze rozwijający się Denilson i Diaby czy mimo młodego wieku jeden z najlepszych defensywnych pomocników Premiership Alex Song. Jednakże, w odróżnieniu od rywali z Manchesteru, Arsenal może mieć problemy z linią defensywy. Jest wprawdzie Thomas Vermaelen, ale odejście z drużyny Gallasa, Campbella czy Silvestre’a może się przyczynić do spadku jakości w grze obronnej „The Gunners” (chociaż opuszczenie Klubu przez tego ostatniego wygląda raczej na wzmocnienie londyńczyków). I mimo przyjścia Laurenta Koscielnego, którego trudno jest teraz uważać za antidotum na problemy Arsenalu, linia obrony zdaje się być najsłabszą formacją „Kanonierów”, zaś dodając do tego mierność bramkarzy, bo niestety Manuel Almunia a tym bardziej Łukasz Fabiański posiadają umiejętności na poziomie West Ham United a nie klubu mającego ambicje sięgać po najwyższe laury. Jeśli Arsene Wegner nie zdoła kupić jeszcze jednego porządnego środkowego obrońcy i klasowego bramkarza, to prawdopodobnie na koniec kolejnego sezonu kibice „Red Army” będą musieli zadowolić się miejscem 3-4.Pasjonująco może być także w dole tabeli. Na pewno przed spadkiem będą się bronić piłkarze West Hamu, trudny sezon czeka także Wolverhampton czy West Bromwich Albion. Nie wiadomo również jak po rocznej przerwie zaprezentuje się Newcastle, chociaż powrót „Srok” do Premier League jest dobrą wiadomością dla kibiców angielskiej – moim zdaniem są zbyt uznaną firmą, żeby kisić się Championship.Prócz tego, groźny na pewno będzie Everton, który z jednym najzdolniejszym menedżerow w lidze Davidem Moyesem może się liczyć w walce o europejskie puchary. Podobnie miałaby się sytuacja z Aston Villą, jednak niedawne odejście O’Neilla oraz prawdopodobne osłabienia w postaci Milnera czy Younga mogą być dla klubu z Birmingham smutnym powrotem do walki miejsca 14-10.Podsumowując, rozgrywki 2010/11 powinny przynieść nam wiele wrażeń, emocji, pięknych bramek czy parad bramkarzy. A na to, kto wywalczy tytuł, komu będzie największą niespodzianką a kto rozczarowaniem sezonu i kogo czeka czyściec w postaci spadku z ligi będziemy musieli zaczekać aż do maja. Autor: Michał Bartnicki 

 „Przypowieść pierwsza – O Nieustępliwości” Czytając te wszystkie artykuły pisane po meczu na St. James Park, także mam burzę uczuć mieszających się we mnie niczym mikstura w kotle Harrego Pottera. Mecz, co by nie powiedzieć dramatyczny, zagrany strasznie „frajersko” w myśl Jerzego Engela. Ale ze wszystkim idzie się pogodzić. I z czerwoną kartką dla Diabiego i z błędami sędziowskimi, i tu dobrze zaznaczone w artykułach – OBUSTRONNYMI błędami sędziowskimi. Jeżeli my się mamy czuć pokrzywdzeni, to co maja powiedzieć zagorzali fanatycy Srok kiedy nie uznaje się im gola, a w powietrzu wisi sromotna klęska?. Diaby’emu się nie ma co dziwić. Noga raz złamana – trauma dożywotnia. A że jest facetem i ma jaja to i nie da sobie napluć w kaszę, a tym bardziej zrobić krzywdy. Przecież nie wstanie i nie podejdzie z uśmiechem do Bartona mówiąc „dzięki stary, że nie udało Ci się jednak złamać mi kulasa. Chodźmy za to po meczu na piwo”.Ja oglądając mecze Arsenalu i to nie od dziś, bo od ładnych paru lat zauważyłem pewną znaczącą zmianę, co niejednokrotnie patrząc na poczynania naszych cudownych „Armat” wprawiało mnie we wściekłość i sprawiało, że jakom jest tym kociołkiem, o mały włos nie dojdzie do eksplozji. Graja Nasi chłopcy futbol nieziemski. Podań tysiące, dryblingów setki – jak to mawiają „Mała Barcelona”, chociaż osobiście uważam, jak i pewnie wielu kibiców, że porównywanie Arsenalu do hm… „więcej niż klubu” to bluźnierstwo. Więc grają i grają, i podają i podają, potem strzelają bramki i 3 punkty są. Niby pięknie i czegoż chcesz więcej człowieku?. Tylko, że to wszystko z typowymi średniakami lub bądź co bądź z jakimiś outsiderami Premier League, klubami z jej zaplecza lub innymi solidnymi, ale jedynie solidnymi zespołami z Europy. Przychodzi mecz z rywalem o półkę wyżej posadzonym w hierarchii klubowej , grającym mocno do przodu, siłowo i może minimalnie wolniej niż nasi Kanonierzy. I wtedy się zaczyna. Arsenal prze do przodu jak zawsze, dużo podań i nagle BUM! Ktoś wbiega barkiem, odpycha takiego Fabregasa czy Nasriego i strata. W Anglii stanie sobie napastnik z przodu, dostanie piłkę od tego, który wyżej wymienionym barkiem ją zabrał i tylko dobrze dysponowani środkowi obrońcy raczą nasz zespół ratować od straty bramki. Kanonierzy zaś montując swoje ataki z milionami podań prą do przodu i co pewnie nie tylko ja zauważyłem, usiłują wejść z piłką do bramki. Doskakują do chuderlawego Arszawina obrońcy, jak to w Anglii bywa rośli i mięsiści i blokują go oraz odpychają. Chamakhowi czy Bendtnerowi piłkę nie ciężko zabrać, gdyż jak wiemy to typy „lotników”, a nie dryblerów, więc są powolni i, jeśli nie dostana dobrej piłki, raczej mało skuteczni. Pozostaje nam liczyć na Magików pokroju Samira. Najlepsze jest to, że w Naszej ukochanej lidze nie ma już średniaków czy „czerwonych latarni” okupujących ostatnie miejsca w tabeli. I jak pokazał mecz z „The Magpies”, wystarczyło że w przerwie zespół ten przeszedł lekką transformację, zaczął przyciskać, walczyć gryząc ziemię i przede wszystkim myśleć – to Nasi chłopcy zaczęli się gubić. Wydaje mi się że Wenger ucząc zespół gry „po barcelońsku” zapomniał że jest w Anglii, trenuje angielski zespół i gra z angielskimi przeciwnikami. Nie wiem, na treningach mnie nie ma, ale chyba zapomniał także, że TU się gra twardo, kontaktowo. Czasami odnoszę wrażenie że poza Songiem i Vermaelenem reszta zawodników to zwykłe lalusie, których nie wolno dotknąć, a jak tylko ktoś to zrobi zgrywają chojraków i pyskują.Wcześniej Kanonierzy też grali kosmicznie. Za czasów gdy zacząłem się na dobre interesować Arsenalem taki Pires, Ljungberg czy młodziutki Cole również grali pięknie. Jednak oprócz tego potrafili walczyć. Ile to goli padało w 75+’ i jakaż to była wtedy ekstaza. Nikt nie odpuszczał. Henrego przewrócić nikt nie był w stanie, a jeśli już to od razu dostawał „herbatnik” od sędziego. Ljungberg był gotowy rozerwać każdego kto stawał mu na drodze, a Vieira parł do przodu jak czołg. Nawet teraz gdy Cole gra w Chelsea widać, że i jemu zostały we krwi tamte stare czasy. Jest nieustępliwy oraz konsekwentny, twardy i pewny swego. Wiele było strzałów zza pola karnego. Latały bomby i rozrywały bramki przeciwnika.A współcześni Kanonierzy? Zachwycają nas technika, polotem, ale obiektywnie patrzeć to czym jeszcze? Może i walczą do końca, jednak nogę przeważnie odstawiają, a gol w ostatnich minutach padnie od święta jak Bendtner dobrze przymierzy i ocali nam tyłek, jak to bywało w tamtym sezonie. Teraz jest „Hura!! Dawajcie może uda nam się przekroczyć linię bramkową.”Nie wiem czemu Arsene odstąpił od takiej twardości, czemu po prostu nie rzuci czasami wszystkiego na jedną szalę i zmieni taktykę na mecz lub dwa, wystawiając po angielsku jednego czy dwóch napastników, którzy będą dostawali mnóstwo prostopadłych podań od cudownej linii pomocy. Czemu się tak upiera, czemu zawsze tłumaczy tak, aby wyszło po jego myśli. Rozumiem brak sukcesów, brak trofeum, broni się. Szczerze mówiąc mam już dość wysłuchiwania czy wyczytywania jego nieobiektywnych wypowiedzi, zawsze, ale to zawsze broniących jego racji. Wolałbym żeby powiedział „Tak, zagraliśmy dziś jak łamagi, chłopakom się odechciało, ześlę ich do karceru, moja wina”. Może nie czułbym wtedy wewnętrznego śmiechu i słowa KPINA cisnącego mi się na usta.Niech choć od czasu do czasu zaczną grać inaczej, tak aby mecze wygrywali jak jeszcze 6 lat temu, gdzie taktyka była dopasowana pod przeciwnika. To skutkowało. Na Europę może i wystarczy to co jest, ale na dojście do półfinału. Potem trafi się na kogoś pokroju ManU, który nigdy zbyt pięknie nie grał, (no chyba, że Cantona był zatrudniony) ale grali prosto. I jak widać to zawsze wystarczało. Teraz w Champions League trafiamy na Barcelonę. I mimo, że całym sobą jestem za Arsenalem, a „więcej niż klubu” nienawidzę, to moje serce krwawiąc mówi mi, że nasi chłopcy pojadą do domu, bo znów po stracie gola odpuszczą i braknie im charakteru. Nadzieja jednak umiera ostatnia, więc bądźmy dobrej myśli. Walczmy o upragnione trofea w Europie i zwycięstwa na krajowym podwórku. I nie zapominajmy. To jest Anglia panie Wenger. Autor: Daniel Janiszewski

 „Przypowieść druga – Kibicowska wiara” Nadchodzi ciężki mecz, długo przez wszystkich oczekiwany. O co chodzi, chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć, bo każdy szanujący się kibic wie o tym od dawien dawna i potrafi odpowiedzieć z kim Arsenal zagra w środę 16 lutego, obudzony w nocy o północy przez armatnie wystrzały. Z reszta nie tylko o ten mecz się rozchodzi, bo myślę że kibicowski obowiązek nakazuje Nam wiedzieć o wszystkim co się dzieje wokół ukochanego klubu.Ale wracając do tematu. W środę kolejna faza rozgrywek elitarnej i jakże przez wszystkich kochanej Champions League. Emocje jakich dostarcza nam walka o ten puchar nie mogą się równać z niczym innym, no chyba że meczem derbowym lub walka w ostatnich kolejkach ligi o upragnione 1 miejsce.Wiara w zwycięstwo jest w każdym kibicu. Czy to Kanonierów czy KS Proca Czajęcice, czy mamy lat 10 czy 50. Czasami jednak nadchodzą takie mecze, że mimo iż nie okazujemy tego powierzchownie mamy w sercach wewnętrzny lęk, że może jednak się nie udać. Nagle wracają wspomnienia z ostatnich potyczek z zespołem z którym mamy aktualnie grać, ewentualne widma przegranych meczy i traconych bramek. Jest na Youtube taki krótki film o tytule ”Arsenal – Back to Glory” w którym komentator krzyczy „Messi! Messi! Messi!”. Oglądając go, boli w środku jak cholera. Potem zaczynają się w naszych głowach analizy. Że taka Barcelona wygrała 16 spotkań z rzędu, ma strzelonych ponad 70 bramek na półmetku sezonu, a drugi Real „marne” 50, że Messi, Xavi i Iniesta maja ileś bramek i ileś asyst. W takich chwilach nachodzą kibica wątpliwości czy damy rade, czy stawimy godnie czoła przeciwnikowi, z którym równorzędną walkę nawiązaliśmy tylko w jednym jedynym meczu, a w drugim zostaliśmy zestrzeleni swoją własną kula armatnią.Jednak po kilku chwilach, jak to w bajce Bob Budowniczy mawiają, w głębi duszy powtarzamy „Tak, damy rade!”. Bo skoro teraz nie wygramy, będąc na fali to kiedy? Musimy przecież wziąć rewanż za ostatnia klęskę, do tego dołożyć im za przegraną w finale Ligi Mistrzów i pokazać że Arsenal to nie tylko grające dzieci, ale faceci z jajami dający z siebie wszystko w każdym, meczu.Przecież Robin strzela jak na zawołanie, Arshavin z Fabregasem pięknie asystują, Song rozbija ataki niczym Son Goku skały, a Szczęsny jest tak pewny w bramce, że pewniejszym jest tylko to iż 2×2 to 4.Kibic stara się sobie pomóc w tej wierze. Sam się podbudowywuje i sam stara się radzić z wygnaniem pesymistycznych czarnych scenariuszy z głowy. „Wcale nie jesteśmy gorsi, nigdy nikt tak nie powiedział. Wręcz przeciwnie! – mówimy sobie – Jesteśmy lepsi! I Ja to mówię, jak tu stoję !”. A jeśli fan i tak nie daje rady, i nadal ma wątpliwości może liczyć na innych. Na kogoś kto powie „Chłopie co ty gadasz, jak to przegramy? Ja już widzę jak wywozimy 3 bramki a im zostawiamy kubeł zimnej wody.”I to jest piękne w byciu kibicem. Całym sercem jesteśmy za klubem, wciąż czekamy na zwycięstwa, usprawiedliwiamy chłopaków po porażce, mimo iż zaraz po przegranym meczu nie zostawiamy na Nich suchej nitki. Emocje opadają, mija kilka dni. Znów pełni wiary, w gotowości, wygodnie rozsiądnięci przed telewizorem czy komputerem ,włączamy następne spotkanie z Kanonierami i poddajemy się tej sportowej gorączce. A niech ktoś wejdzie i przeszkodzi lub zakłóci relacje wzrok – mecz, to biada mu, oj bada. Dajemy z siebie wszystko, krzykom po zdobyciu gola nie ma końca. Sąsiedzi pytają się potem rodziców czy z synem lub córka na pewno w porządku bo maja numer do dobrego specjalisty. Euforia jest przy zwycięstwach, lament i płacz po przegranej, konsternacja przy remisie, a już całkowita przy bezbramkowym. Jednak kibic zawsze znajdzie w sobie siłę, jest wstanie podnieść się z kolan i z duma kroczyć przez miasto mówiąc, że nic się nie stało.Teraz czeka na ekipę The Gunners Barcelona. Wychwalana pod niebiosa, wznoszona na piedestały , ze zgrają kosmicznych grajków. Ale i to kibica nie zrazi. Bo zawsze znajdziemy w sobie moc i wiarę by stwierdzić, że Messi jest za mały i z naszymi obrońcami sobie nie poradzi. Że nie minie ich niczym tyczki, jak to ma w zwyczaju w Hiszpanii. Że wygląda jak krasnal ogrodowy który został dotknięty przez wróżkę i zaczął biegać. Puyol jest już stary i mało zwrotny, a i tak nie wiadomo czy zagra. Villa zaś z panem Pedro są w stanie nie trafiać seryjnie do pustej bramki i lekcje u nich mógłby brać sam Martin Palermo. Szukamy pozytywów i na szczęście odwrotnie jak mawiano w filmie „Miś” Stanisława Barei, znajdujemy je – bo rozchodzi się o to żeby minusy nie przesłaniały nam plusów. Po takich przemyśleniach i dodaniu sobie otuchy oraz kropli nadziei ruszamy z Kanonierami na Emirates, a potem na Camp Nou, żeby sprać tyłek tym kosmicznym osobnikom.I pewnie nic nowego tutaj nie napisałem, każdy zapewne to wszystko zna i przeżywa. Może nie tak ale na pewno w inny, sobie tylko znany sposób. Napisałem to by przypomnieć tym mniej wiernym. Ponieważ prawdziwy kibic z krwi i kości, nie jakiś sezonowiec, który po meczu mówi ”Eee do d*py z taka robotą. Od jutra przerzucam się na Chelsea”, ma w sobie wiarę w klub za którym podąży na koniec świata czy jest dobrze czy źle. Napisałem to ponieważ dla kibica piłka nożna to nie tylko sport, a Arsenal to nie zwykły zespół. To całe życie. A jak w życiu bywa wie każdy. Czasami lepiej, czasami gorzej, ale zawsze pozostaje wiara w lepsze jutro.Go Gunners, go! Autor: Daniel Janiszewski 

„Przypowieść trzecia – O pokorze” Arsenal Londyn. Klub jak wiemy nieprzeciętny. Przytaczam to z reszta chyba za każdym razem, bo w sumie taka jest prawda. Kibice kochają Arsenal, Arsenal kocha kibiców. Kocha kibiców, ale nie rozpieszcza. I nie chodzi tutaj o dawanie karnetów na mecze czy losowanie koszulek lub upominków. Chodzi o to, że czynnik kibicowania Armatom mimo iż jest na poziomie 100 potrafi czasami diametralnie spaść. Nie na długo, ale jednak. Mimo że wierzymy w Nasz ukochany klub, jak to pisałem w Przypowieści Drugiej, czasami czujemy się zawiedzeni i to do granic możliwości. Aż jedyne co możemy z siebie wydusić to soczyste, polskie i swojskie przekleństwo na literę K. Wszyscy wiemy, że w kibicowanie wpisane są radości i smutki. Mimo to, bardzo trudno Nam przyjąć czasami do wiadomości to co się stało. Przecieramy oczy ze zdziwienia i jeszcze raz spoglądamy na wynik końcowy, który nie zadowala Nas nawet w 20%. Arsenal to specyficzny klub. Potrafi wygrywać seryjnie, zdobywać bramki, że można osiwieć z zachwytu i grać piłkę, która lata po boisku, od zawodnika do zawodnika tak płynnie jak klatki w kalejdoskopie. Ale potrafi również przegrywać, czy remisować mecze, które w Naszym mniemaniu nijak nie powinny się tak kończyć. I Tu chciałem, choć pewnie niejeden się ze mną nie zgodzi, zrugać niektórych fanów. Czytam niejednokrotnie wypowiedzi przed i pomeczowe. Widzę wpisy w stylu „ ooo…. Layton Orient. A kto to taki? Nie ma się co martwić.”, lub „Finał na bank jest nasz i puchar jedzie do Londynu.” Czytam to i po 90 minutach meczu widzę komentarze, które zwalają z nóg. Obrażające kibiców, trenera i wszystko co tylko z Arsenalem związane. Że Rosicky to fajtłapa, że Bandtner jest drewniany, że ten zrobił to czy tamto, że Boss się spóźniał ze zmianą 5 minut i dlatego przegraliśmy. Oj moi drodzy, decydując się na kibicowanie Arsenalowi musieliście zdawać sobie sprawę, że to nie Barcelona która wygrywa sobie jak chce. To nie Hiszpania gdzie obrona jest szybkości leniwca z tropikalnego lasu i gdzie Messi, czy kto inny, wpadnie nawet na czworaka i strzeli bramkę. Wiem, że rozpieszczani serią zwycięstw, możemy się poczuć ograbieni z jakiejś wewnętrznej dumy, czy co tam każdy z Nas posiada. Ale wypowiedzi, pomeczowe i przedmeczowe powinny być obiektywne. Wiem, że miło sobie dodać otuchy jednak trzeba się zawsze liczyć z tym, że cos może nie wyjść. Że to piłka nożna, chyba jedne z najbardziej nieprzewidywalnych sportów na świecie. Wszystko się może zdarzyć. Więc sądzę że nie ma się co napinać po meczu, tylko bić się w pierś, że popadło się w huraoptymizm po wygranym meczu z Barceloną i oczekiwało się cudów od nikogo innego jak od ludzi. Jak Ja, czy Wy – czyli nie jakiegoś robota który śmiga 365 dni w roku na tym samym poziomie. A i nawet jemu śrubka wypadnie i jest klops. Kibicowanie Arsenalowi to liczne bóle i boleści. Ostatnie spotkania, takie jak remis z Toons, gdzie chłopcy pozwolili sobie strzelić 4 bramki czy przegrana w finale z Birmingham tylko to potwierdzają. I nie ma co gdakać na sędziego, że karne były z kapelusza. Nam też nie raz się takie trafiają i będą trafiać. I przeciwko Nam także. To wpisane jest w ten piękny sport. Można czuć rozgoryczenie gdy nie wygrywa się finału z niżej notowanym klubem, będąc w 7 letnim stadium pucharowej posuchy. Lecz nie wyklinać od najgorszych tych, którzy starają się jak mogą by zwyciężać. Można się złościć i kląć w duchu, ale najważniejsze to mieć pokorę. Nie wychwalać się zbytnio zwycięstwami, póki niczego się nie wygra. Bo potem można spaść na dupę, a nikt ręki Nam nie poda. Zaś prawdziwa radość wybuchnie w rozrachunku końcowym. Autor: Daniel Janiszewski 

 „Przypowieść czwarta – O pewnej bajce” Po wiadomych zdarzeniach dni ostatnich, naszedł mnie pewien sceptycyzm. Nie mam pojęcia czy udzieli się także wam, jeżeli tak to przepraszam. Może i Wy czujecie to samo, może w podobnym odniesieniu, a może zrugacie mnie przy pierwszej lepszej okazji za to co zaraz napiszę. Może i będą pewne niezgodności z moimi poprzednimi artykułami, gdzie mowa o wierze i kibicowaniu. Jednakże muszę podzielić się także tymi złymi emocjami i choć nie chcę Wam tego wszystkiego znów przypominać, to chcę dać upust temu brudowi wewnątrz mojej duszy. Wyobraźcie sobie bajkę. Jeden książę na białym rumaku popylający przez pola złocistymi kłosami skalane. Cztery księżniczki, z czterech stron świata – wolne z posagiem ogromnym. Kto choć jedna poślubi królestwo dostanie i chwałę i rozgłos na wieki. Lecz jedno królestwo dnia pochmurnego zostało wnet najechane. Zniszczone wszystko i splądrowane, ród króla wygnany – pozamiatane. Na drugie królestwo, rzekłbym bogatsze, spadła plaga okropna. Księżniczka i król oraz mieszkańcy pomarli i koniec kropka. Zostały dwa wyjścia, dwa piękne królestwa – księżniczki tam młode, bogate. Lecz w jednym z tych królestw rogata bestia, co wstrzyma nawet armatę. I choć ran wiele ostatnio odniosła, to łatwo skóry nie sprzeda. Zostanie królestwo jedno do wzięcia, lecz tu jeszcze czekać trzeba. Chyba nie muszę tłumaczyć specjalnie do czego ta opowiastka. Arsenal grający na 4 frontach – FA Cup, Carling Cup, Liga Mistrzów oraz Premier League. Z połową już zdołaliśmy się pożegnać. Dość nieszczęśliwie przegrany finał z Birmingham, gdzie błąd ostatnich zawodników w szyku wykorzystał afrykański atleta Martins, który chyba strzelił najbrzydszą bramkę w swojej karierze. Ale cóż piłka nożna opiera się na błędach i nikt tego nie zmieni. Zawodnicy nie zagrali wcale źle, choć pewnie spodziewaliśmy się w głębi duszy dużo łatwiejszej przeprawy. Pomimo, że rzeka wydawała się czysta i przejrzysta, znienacka wciągnął Nas wir, z którego nie sposób było się już wydostać. Po raz kolejny, mimo że obiecywaliśmy sobie wiele, my kibice, zostaliśmy odprawieni z kwitkiem do następnej bramy, która jak również się okazało, była zbyt masywna i zbyt dobrze zamknięta. Dojechaliśmy pod bramę Camp Nou, gdzie osada zwana Barceloną nie pozwoliła nam przekroczyć progu, a jedynie popatrzeć przez dziurkę od klucza. I znów zawiedzeni, ze spuszczonymi głowami, my kibice, przecierający oczy ze zdumienia, zadając sobie pytanie z kim gra Barcelona, zasiadamy zamknięci w pokojach i przez łzy powtarzamy Gunner 4 Life. Właśnie, z kim grała wszechmocna Barca? Na pewno nie z Arsenalem. Nie znam tego klubu który wyszedł we wtorkowy wieczór na murawę. Nie, wypieram się miłości do Armat. Nie zrozumcie mnie źle, ale nie potrafię inaczej określić tego co czułem oglądając to spotkanie. Odkąd kibicuje i kocham Ten klub, ani razu nie byłem tak raniony patrząc na nieudolność Naszych zawodników. I nie ma co znów gdybać, że Massimo to czy tamto. Fakt, kartki być nie powinno dla Van Persiego i tu się zgodzę. Ale Wenger twierdząc, że z Robinem mogliby wygrać to spotkanie po prostu się ośmieszył po całości. Bo jak mieli wygrać skoro przez 55 minut nie oddali żadnego strzału mając holendra w składzie? Bramka samobójcza czyli przypadkowa tego nie usprawiedliwia. Bo to Oni strzelali. I tak już było do końca. Zaś my kibice, co zrozumiałe, na gorąco popieramy wszystko, żeby tylko w jakiś sposób ta porażka i nieudolność łatwiej przeszła nam przez gardło. Jednak potem zdajemy sobie sprawę ze to błahe tłumaczenia. Tak jak było np. podczas spotkania z Sunderlandem. Oni zagrali solidnie, w pierwszej połowie powiedziałbym, że nawet bardziej niż Arsenal. Jednak po rozczarowaniu, zrzucamy winę na to że sędzia był do niczego i na dodatek z Manchesteru. A czy w tym mieście jest tylko United? Twierdzili niektórzy, że pomagał im, gwiżdżąc na remis w Naszym spotkaniu, bo jest ich kibicem. Przecież to głupie. A gdyby był remis a sędzia byłby z Nottingham czy Newcastle to o co zostałby obwiniony? Sędziowanie to tylko jedna z kupek słomy na traktorze. Zespół gra słabo, trener obiera złą taktykę, przeciwnicy grają swoje dlatego jest jak jest. Przełykamy więc kolejną pigułkę, przy której trawieniu dostajemy konwulsji. Z czterech królestw zostały dwa. Na dodatek Czerwone Diabły to nie najłatwiejszy przeciwnik, więc mamy prawo sądzić, że sobotnia przeprawa przez bagna Manchesteru będzie bardzo ciężka i wcale nie powiedziane, że zwycięska. To oczywiście czarny scenariusz, bo wierzyć, wierzymy jak zawsze. Tylko z czasem przeradza się to w zwykle przyzwyczajenie, które spowodowane jest pustkami w gablocie klubowej gdzie już od dawna, w naszym mniemaniu, powinna stać sterta pucharów. Obyśmy się nie zawiedli w tym roku, jakoż co roku to powtarzamy, by dodać sobie sił na następne dni kibicowania. Oby chłopcy Wengera zagrali bajecznie, pokonali United w pierwszym meczu pucharowym, a na koniec rozgrywek Premier League przegonili Ich w ligowej tabeli pozwalając im ostatecznie na zjazd do pit stopu. Życzę sobie, oraz Wam koledzy kibice, by Arsenal – nasz książę, dotarł do któregoś z królestw i dostał upragnioną księżniczkę. Być może uda mu się zawinąć dwie, a wtedy euforii poddanych nie będzie końca. I tryśnie pucharami :) Autor: Daniel Janiszewski 

 „Przypowieść piąta – O błędach i błądzikach” Mimo, że nie jestem jakimś specjalistą futbolowym, ani byłym zawodnikiem, ani też trenerem piłkarskim, pragnę podzielić się z Wami, drodzy kibice, pewnymi spostrzeżeniami. Pewnie nie każdy się ze mną zgodzi, bo jak zwykle gusta i wgląd w poruszane tematy jest całkowicie sprawą osobistą, to mimo wszystko mam nadzieję, że chociaż w kilku małych procentach odnajdę z kimś wspólny język. Oglądam mecze piłkarskie od grubych paru lat. Nie ograniczam się tylko do jednego zespołu czy jednej ligi. Lubię zasiąść przed telewizorem czy komputerem i obejrzeć sobie Premier League lub League1. Mnóstwo spotkań przeleciało mi przez móżdżek, niektóre zostały w pamięci, o niektórych jak najszybciej chcę zapomnieć. Sobotni mecz Kanonierów należy raczej do tych ostatnich. Bo kto by chciał pamiętać mecz, w którym bije Nas batem zespół z końca tabeli? Rozumiem, że Premier League jest bardzo silna i nieprzewidywalna, ale takiemu zespołowi jak Arsenal Londyn nie powinny się zdarzać niespodzianki, a przynajmniej nie aż tak często. Brawa Kanonierom za „podniesienie się z kolan” i walkę, ale uważam, że nie powinno nawet dojść do sytuacji, w której Armaty na owe kolana upadają. Pomijając już przebieg tego spotkania, czy też innych które miałem przyjemność oglądać, chciałbym zwrócić uwagę na kilka szczegółów. Stoi sobie taki Almunia w bramce. Niby Arsene nie ma zbytniego pola manewru, poza starym nieogranym Lehmannem i młodziutkim Shea. Patrząc z drugiej strony i mając w pamięci to co w bramce wyprawia Hiszpan, można śmiało twierdzić, że ryzyko się opłaci, a w najgorszym razie wyjdzie na to samo. Czyli na jakieś dziwne i niewyjaśnione błędy, po których wszyscy piłkarscy filozofowie zadadzą sobie pytanie „HOW??”. Więc stoi sobie Manuelo w bramce, (pominę fakt, że jego imię kojarzy mi się z jakimś meksykańskim śmieciarzem) i myśli ….. Przepraszam chciałem powiedzieć NIE MYŚLI. Bo jak można określić interwencję przy której wychodzi z bramki za pole karne, zostawiając ją za sobą wielka i pustą, otwartą na czyhającego i śmiejącego się w głębi duszy z naszego Manuela, Odemwingie. On już dobrze wiedział co zrobi, że przelobuje lub strzeli bokiem, bo widział Almunię biegnącego przez 25 metrów. Pozostała kwestia ogrania Squilacciego , który tez lubi popełnić błąd(choć w tym meczu akurat grał nadzwyczaj dobrze) i który nie jest zbyt szybki ani zwrotny. Ale i w tej sytuacji Peter nie musiał się specjalnie wysilać, gdyż przeboski Hiszpan zablokował Sebastiena i uniemożliwił mu dobrą interwencję. Patrzy na ten mecz mnóstwo narodów. Oglądają i śmieją się głośno z nieudolności Manuela, zaś druga część, czyli My kibice Kanonierów śmiejemy się tylko ironicznie i z niedowierzaniem mając w głowie kłębek myśli w stylu „kpina” czy „ Ja pier**lę”. I teraz tak. Czy Arsene wyciągnie z tego jakiekolwiek wnioski? Czy zaryzykuje i da zagrać Jensowi? Dobrze wiemy, iż to bardzo mało prawdopodobne bo Boss nie zwykł przyznawać się do porażki i twardo będzie obstawał przy desygnowaniu Almunii na bramkę. Wiem, że niektórzy zarzucą mi znęcanie się nad Manuelem i że przecież cały zespół przespał ponad połowę meczu. Owszem, potwierdzam. Jednak wina jest niepodważalna bo tak jak przy pierwszym straconym golu mógł się zachować o niebo lepiej, tak przy drugim w ogóle szkoda słów na jakikolwiek sensowny komentarz. Zastanawiam się nad jeszcze paroma rzeczami. Na przykład dlaczego tak uparcie do składu wciskany jest Denilson, skoro swoją grą w Naszym kibicowskim przekonaniu, nie pomógłby drużynie rezerw, a co dopiero pierwszej jedenastce. Rozumiem, że Song jest kontuzjowany, ale jestem pewien, że gdyby Arsene chciał potrafiłby wpasować jakiegoś zawodnika na te kilka spotkań. Nawet wstawiając Rosickiego, który chętniej broni niż atakuje ze względu na zachowawczą grę po powrocie z kontuzji i swój nie najmłodszy wiek. Lepiej chyba oglądać przebłyski Mozarta, niż niepotrzebne straty Brazilian Boya. Dlaczego nie gra Eboue? Może i troszkę stracił formę, ale na pewno jej nie odzyska siedząc na ławce. Z resztą dobrze wiemy, że wchodząc zazwyczaj daje dobrą zmianę. Jest dynamiczny i dużo dośrodkowuje. Z tym, że Wenger traktuje Manu bardziej jak zapchajdziurę niż jak zawodnika. Niestety tak już bywa w Arsenalu, co z reszta każdy przewiduje przed sezonem, że dosięga Nas plaga kontuzji. Wenger powinien być na to przygotowany odgórnie. Już nie ma w składzie twardzieli jak Vieira, Pires czy chociażby Campbell. Sezon po sezonie powinien wzmacniać drużynę widząc jak się kończy rozgrywki ze zbyt słabą ławką rezerwowych przy tak kontuzjogennych zawodnikach. Arsenal popełnia zbyt dużo małych błędów. Tak samo jeśli chodzi o zawodników jak i o trenerów. Wiem, że to tylko ludzie i mylić się mogą jak każdy. Mimo, że nie jestem specjalistą, tak jak wcześniej wspomniałem i zgodzicie się ze mną lub nie, to uważam, że klubowi grającemu o takie cele i na takim poziomie błędy i błądziki mogą się zdarzyć raz lub dwa. Ale i to czasami może stać się gwoździem do trumny i łkaniu na koniec sezonu, a wniosków nadal nikt nie wyciągnie. Nam pozostaje zaś po raz kolejny – wierzyć. Wierzyć w poprawę oraz bajeczną grę. I w zwycięstwo. Autor: Daniel Janiszewski 

 „Przypowieść szósta – O dysonansie poznawczym, czyli jak skutecznie obstawać przy swoim” Było już dosyć ciemno, mimo letniej pory. Ale jak to w Londynie bywa, pogoda zawsze płata figle. Tym razem burzowe chmury przesłoniły całe niebo nie przepuszczając nawet małego błysku wolno zachodzącego słońca. Szedł ulicą powoli zbliżając się do pałacu przy Ashburton Groove. Gdy wyszedł za róg, jego oczom ujrzała się piękna rezydencja będącą niegdyś zamkiem nie do zdobycia. Miejscem gdzie pokonano niejednego najeźdźcę. Nigdy nie widział czegoś tak pięknego. Nim dotarł do drzwi brama otworzyła się z wielkim skrzypnięciem. Wszedł do środka.Za drzwiami czekał na niego człowiek. Miał okulary i okrąglą twarz. Wyglądał dosyć przyjaźnie, co dodało przybyszowi otuchy przed tym co miało go spotkać.- Witaj – rzekł – Mam na imię Pat i zaprowadzę cie przed oblicze wielmożnego. Zapraszam.Przybysz wahając się delikatnie ruszył w stronę Pata, a chwile później trzymając się lekko z tyłu szedł dalej w głąb pałacu. Idąc rozglądał się dookoła. Na ścianach wisiały przeróżne obrazy przedstawiające zwycięstwa urzędujących tu niegdyś. Niektóre wydawały się całkiem nowe, zaledwie kilkuletnie. Wzdłuż hallu stały liczne gabloty z trofeami zdobytymi w walce, wydarte siłą każdemu z przeciwników w ostatecznych starciach. Pomyślał że to musiały być piękne chwile dla tych ludzi, a także dla tych którzy całym sercem wstawiali się za tą niegdyś fantastyczną armią, gotową pokonać każdego kto ośmielił się ich zaatakować. Obrazy przedstawiały także wojowników. I tak przybysz zobaczył portrety wielkich i zasłużonych takich jak Patrick, Robert, czy sir Henryk. Od portretów dało się czuć dumę, siłę i coś, co wydawało się być jakąś niestworzoną magiczną mocą.Z zadumy przybysza wyrwało kolejne skrzypniecie drzwi.- To tutaj – Pat wskazał zachęcająco ręką – Proszę pamiętać o należytym szacunku dla wielmożnego.I tak oto przybysz zrobił jeszcze kilka kroków do przodu by ujrzeć osławionego wodza. Był on siwy, jego twarz pokrywało dużo zmarszczek. Miał długi szpiczasty nos i surową minę. Widać było że trapi go nić ostatnich niepowodzeń. Chyba nawet nie pamięta kiedy się uśmiechał. Dla przybysza nie był to dobry znak.- Witaj panie – rzekł przybysz – Przybywam zgodnie z poleceniem.- Witaj, witaj – odparł wielmożny chrząkając – Mam nadzieje że podoba ci się mój pałac. Widziałeś zapewne te wszystkie obrazy i trofea umieszczone w głównym hallu. Sir Chapman zdobył ich wiele, ale ja także, jak doskonale wiesz, mam swój udział w stworzeniu tej wspaniałej kolekcji.Przybysz przytaknął głową.- Dobrze, a teraz do rzeczy – powiedział pan – Zapewne wiesz, ze ja Arsene nie zwykłem przyjmować gości w takich sprawach. Jednak wieści jakie do mnie docierają niepokoją mnie i obawiam się, że plotki które rozsiewasz mogą wywołać bunt. Chcę jednak usłyszeć je jeszcze raz, by przekonać się czy to prawda. Mów zatem. – wskazał podbródkiem oczekując rychłej odpowiedzi.- Panie – odezwał się jąkliwie przybysz. – Przyglądam się poczynaniom Twoim oraz Twej Armii już od kilkunastu dobrych lat. Pamiętam jak głośno było o wygranych, gdy przejąłeś przewodnictwo nad tymi wszystkimi ludźmi. Jednakże ostatnie 7 lat nie było dla ciebie wielmożny zbyt udane. Jestem człowiekiem prawdomównym więc mówiłem ludziom o tym co sadzę, gdyż nie mogę patrzeć jak się oszukuje swych bliźnich. – sir Arsene poruszył się nieznacznie, podpierając dłonią głowę.- Tak więc – kontynuował przybysz przełykając głośno ślinę – Jak już wspomniałem, mówiłem o tym co sam zauważyłem. W Twej Armii, która jest dość słaba pod względem częstego odnoszenia ran i słabej odporności na ból, zdarzają się absencje ludzi, którzy są przywódcami i także tych którzy odnoszą mniej znaczącą rolę. Jednak by cos działało dobrze potrzeba wszystkich sprawnych części. Niektórzy w owej armii są zbyt słabi i mało efektywni. Ty zaś panie, sam obierasz często złą taktykę uparcie pozostając przy starych utartych schematach. A przecież nauka idzie do przodu, przeciwnicy staja się coraz to silniejsi. Po kilku porażkach z twych wojowników ulatuje nadzieja i wola walki, ciężko powrócić im na dobre tory. Musisz panie cos zmieniać i przede wszystkim nie oszukiwać Nas, zwykłych poddanych wierzących w Twe sukcesy. Chcemy by znów było jak przed laty. Jest jednak wiele ogniw które trzeba wymienić lub mocniej dospawać. Ostatnia potyczka z najeźdźcami z księstwa Blackburn, nie była małym wypadkiem przy pracy, ma ona swe konsekwencje w późniejszym czasie. I przede wszystkim panie, z całym szacunkiem, należy umieć zauważać swoje błędy oraz przyjmować należycie krytykę.Arsene popatrzył na przybysza. Usta wygięły mu się w grymasie złości.- Ja zawsze przyznaję się do błędu! – wrzasnął, po czym zerwał się na równe nogi i skinął głowa na Pata.Mężczyzna w okularach wyjął z za pasa krótki miecz i błyskawicznie pozbawił przybysza głowy. Autor: Daniel Janiszewski 

 „Przypowieść siódma – Arsenal FC, czyli jak skutecznie zostać pesymistą” Koledzy i koleżanki. Kibice. Przychodzi taki moment w Naszym życiu, że miarka ze skalą irytacji przekracza 100 i rośnie, mimo że nie ma już gdzie się kumulować.Tygodnie bez zwycięstw, więcej śmiechu całego świata niż pochwał i ekstazy. „Arsenal? Mistrzostwo? Puchar? Kiedy, gdzie i JAK?” – słyszę ciągle szydercze teksty od „kolegów”, kibiców innych zespołów. I już nie mam siły tłumaczyć dlaczego tak jest, a nie inaczej. Tego, że „plan pięcioletni”, tego że kontuzje i sam już nie wiem co mam wymyślać na usprawiedliwienie. Kpią ze mnie, a ja nie mam już wewnętrznej mocy, mogę tylko schować łeb w kaptur i odejść na bok. Bo co mam zrobić? Strugać debila i drzeć mordę „Arsenal Forever?”. Oni dobrze wiedzą ze forever, tylko forever bez pucharów. Wierny jestem i pozostanę jak pewnie wielu z Was. Inni obiorą inna drogę, zaczną kibicować komuś mocniejszemu, gdzie będą się cieszyć ze zwycięstw co sezon. Tylko, że MY wiemy, iż ONI to nie prawdziwi kibice. Bo my zostaniemy na dobre i na złe.Zawsze jest nadzieja, zawsze euforia, bo pierwsze mecze to pogromy urządzane przez Arsenal innym klubom. Zawsze hura optymizm, uśmiechy na twarzy na myśl o kolejnym widowisku.Mija jednak pół roku i kibic Arsenalu drży. Bo od 2005 roku nauczony jest że sezon trwa do ostatniego spotkania, bez względu na to czy to słabszy czy mocniejszy zespół. Kibic Arsenalu wie i zaczyna się obawiać tego, że ZNÓW kanonierzy odpadną z Champions League, że znów będzie plaga kontuzji, że przegrywając dwa mecze topornie będą się podnosić z kolan przez kolejne dwa, tracąc punkty. Tego, że Boss jak zawsze będzie obstawiał przy swoim mając wszystkich gdzieś, grając tak jak jemu się podoba, uparcie zostając przy schematach które zawodzą, bo każdy przeciwnik zna je na wylot. Arsenal będzie wchodził z piłką do bramki, stawiamy mur, gramy ostrzej i mamy ich w kieszeni. Nie mamy siły napadu. Van Persie strzela bramki, ale tu o dziwo powiem że jest, UWAGA… nieskuteczny. Bo procent strzałów i sytuacji do wykorzystanych i strzelonych bramek i podań jest miażdżący. Gdyby Nasi napastnicy mieli po jednej akcji otwierającej bramkę i strzelili by po tym jednym golu wtedy można się cieszyć. Teoretycznie. Ale oni mają sytuacji ogrom, a wykorzystują nieliczny ułamek lub wcale im się to nie udaje. Pan Wenger przez cały sezon starał się grac tak samo. A efekty były po indywidualnych akcjach np. Nasriego, który jako nieliczny decydował się na strzały z daleka. Co jak widać jest bardzo opłacalne.Każdy z Nas widzi błędy, każdy widzi je inaczej. Pewnie niejedno macie do zarzucenia Mnie, ja miałbym Wam. Ale kibicowanie też polega na wymianie poglądów, ewentualnej korekcie swoich racji po rozpatrzeniu wypowiedzi innych. Nikt nie musi się z Nami zgadzać, ważne żeby respektował Nasze zdanie.A więc tak jak pełni nadziei jesteśmy na początku, zawsze zwarci i gotowi, potem Nasz kochany Arsenal serwuje Nam dreszczowce jak u Hitchcocka. Zastanawiamy się, czy lepiej będzie wyciągać 2 godziny kurz z pomiędzy żeberek kaloryfera, czy jednak oglądać spotkanie i znów być w stanie przedzawałowym. I tak zawsze wybieramy to drugie, jednak potem musimy przełykać gorzką pigułkę frustracji. Po ostatnim meczu z Kłusakami śmiałem się. Usiadłem i śmiałem jak wariat. Nie, że to śmieszne, tylko z niedowierzania. KOLEJNY SEZON. Potem przez ten śmiech wywołany negatywnymi emocjami poleciały mi łzy.Fabregas odejdzie? Niech odchodzi. Patrząc czasami na jego zaangażowanie można twierdzić ze powinien to już zrobić sezon temu. Owszem, zjedzcie mnie. El kapitan, lider, jak można tak bluźnić? Otóż można, bo ja w nim zwycięzcy nie widzę. A gdy pójdzie do „więcej niż klubu” dopasowywując tam swoje DNA w ławkę rezerwowych, zrozumie, że lepiej jest grać z równymi sobie rywalami, w twardej lidze i zajmować 2 miejsce, niż patrzeć jak Mesii ogrywa 10 zawodników Levante czy Almerii jednym rajdem, a Villa ładuje hat tricka.I po takiej paskudnej serii jak ostatnio, gdzie zwycięstw szukać można w zamierzchłych czasach, a radość na twarzy Bossa i zawodników jest tak częsta jak tęcza w środku zimy, można stać się pesymistą. Takim który nie uwierzy w zwycięstwo z ManU i w kolejne. Niby gramy o Ligę Mistrzów bo jeszcze SĄ kluby mogące nas prześcignąć. Ale mam się tym cieszyć? Że zamiast wznoszenia pucharu, gramy o miejsce, które taki klub jak Arsenal powinien mieć przyznane za samo istnienie? To jest norma, jak to że woda jest mokra. Nikt nie myśli, że będzie inaczej bo być nie może. Arsenal gra w Champions League i koniec kropka. Więc co ma mnie przekonać do oglądania kolejnych spotkań? Więcej jest teraz poszlak na NIE niż na Tak. Ale… w końcu jestem kibicem Arsenalu. Przygotowanym na najgorsze, czekającym na kolejny sezon, który zacznę śledzić z nadzieja i uśmiechem na twarzy. I oby nie kończyło się pesymistycznie jak te poprzednie. Wam koledzy i koleżanki życzę tego samego. Trzymajmy się razem, a będzie siła na kolejne sezony. Autor: Daniel Janiszewski 

„Przypowieść ósma – Ostatnia prosta” Za nami wygrany, ku Naszemu zadowoleniu, mecz z odwiecznym (i chyba nawet większym niż Tottenham) rywalem. Skromnie, bo skromnie, ale Arsenal pokonał Manchester United 1:0. Bramkę strzela uzdolniony, przybywający po strasznej kontuzji Aaron Ramsey. No i jest się z czego cieszyć.Do końca ligi zostało niewiele. Manchester gra przeciwko Chelsea. Dla kibiców kanonierów najlepszym wynikiem byłby remis pomiędzy tymi zespołami. Bo nawet gdy Czerwone Diabły przegrają, to Chelsea wskoczy na poziom 73 punktów.Pytań jest kilka. Czy jest możliwy tak wielki cud, tak niestworzona i paranormalna sytuacja, alby Chelsea i Manchester United spaprali swoje ostatnie mecze, a Arsenal wygrał wszystko i wzniósł się na piedestały? Dla realisty i pesymisty taki obrót spraw jest wręcz niemożliwy. Ale dla optymisty, dla podniesionego z kolan kibica Arsenalu, po zwycięskim meczu rozegranym w dobrym stylu, nie ma rzeczy niemożliwych. Po niedzielnym spotkaniu, ucieszony i w końcu zadowolony, po tej całej serii niepowodzeń, poczułem ukłucie nadziei. Nadziei, której prawie się wyzbyłem. TO było bardzo dziwne uczucie, jeszcze cos takiego mi się nie zdarzyło. Z jednej strony wstąpienie we mnie ogromnych, nowych pokładów energii i wiary, zaś z drugiej, po krótszej chwili mieszanka realizmu z pesymizmem. Sam nie wiedziałem co o tym wszystkim myśleć.Kolejne pytanie brzmi: grać z Fabregasem, czy jednak bez? Nie myślcie, że skoro Aaron zagrał dobre spotkanie i zapewnił Kanonierom zwycięstwo, to Fabregasa mogę z czystym sumieniem dać w odstawkę. Bo to nie tak. Ja po prostu widzę, że grając bez Cesca, Nasi zawodnicy są dużo bardziej świeżsi . Chcą pokazać że bez Niego też dadzą sobie radę. Biorą więcej zadań na siebie i grają pod siebie. Nie ciągle pod Hiszpana. Już w tamtym sezonie był płacz i lament, że Fabregas ma kontuzję. A tu proszę, wychodził Nasri i w duetach z Diabym bądź Rosickym, pomoc Arsenalu radziła sobie całkiem nieźle. Była nawet seria kilku wygranych z rzędu bez Cesca w składzie. W Tym sezonie tez ma kto go zastąpić, bo tak jak Rosicky jest już starszym zawodnikiem i gra zachowawczo, a Diaby nie może dojść do siebie po kontuzji, tak Wilshare po tylu meczach wygląda jakby dopiero zaczynał sezon, zaś Ramsey dobrze rokuje. Myślicie, że udało by się tym młodym gniewnym dograć do końca bez pomocy Fabregasa?Arsene Wenger w końcu pomyślał? Chyba tak. Nie wprowadzał jak zwykle Chamakha, Arshavina i Bendtnera. Widział, że prowadzą. Że Clichy i reszta obrony spisuje się świetnie. Więc zamiast trzymać się swoich utartych schematów jak do tej pory, postawił na zagrania taktyczne. Wprowadził Eboue, który jest dużo defensywniej usposobiony od Walcotta, co pozwalało na rozbijanie ataków już na wysokości środka boiska. A to, że Eboue lubi zapędzić się pod pole karne rywala i zagrozić jego bramce, to duży plus. Dlaczego więcej taktycznie nie grał Wenger od początku? Przecież uchodził za takowego. Jednego z najlepszych taktyków i mobili zatorów wśród trenerów. Tymczasem my kibice, z zamkniętymi oczami zgadywaliśmy który z wyżej wymienionej trójki wejdzie na boisko i zazwyczaj zgadywanki były trafne. Chyba nie tylko ja się zdziwiłem w niedzielę, widząc wchodzącego Eboue(w myślach mówiąc, że pewnie Bendtner).Wiec powiedzcie mi, komentując te wypociny, czy wierzycie w to że szczęście będzie po Naszej stronie, bo limit pecha wykorzystaliśmy na co najmniej 10 lat? A może nie ma już szans na pomyślne zakończenie sezonu? Jaka będzie ta ostatnia prosta? Ja mam mieszankę uczuć. Wierzę i mam nadzieje ze będzie dobrze, z drugiej strony cos mówi mi, że już na to za późno. Autor: Daniel Janiszewski 

 „Przypowieść dziewiąta – Choroba psychiczna, czyli wszystkiego po trochu” Oj tak, tak. Będzie wszystkiego po trochu. Bo już tak się we mnie skumulowały emocje, że nie wiem od czego mam zacząć lub co pominąć. W poprzedniej przypowieści pisałem o tym, że może jednak się uda, może limit pecha się wyczerpał i w końcu szczęście uśmiechnie się do Arsenalu. Po dzisiejszym meczu twierdzę, że uśmiechnęło się, ale kopiąc nas w dupę, szczęśliwą gwiazdę dając Manchesterowi.Jak można określić spotkanie ze Stoke? Niestety, nie udało się nam rozbić garnków Garncarzom. To Oni rozbili Nas. Jakby tego było mało, główne zasługi przypadają Arsenalowemu wyrzutkowi, który zagrał dziś lepsze zawody, niż cala linia pomocy Kanonierów wystawiona w tym spotkaniu. Mowa oczywiście o Pennancie. Miałem przed meczem dziwne przeczucia, pisałem o tym na Twitterze. Uwaga na Jonesa i Pennanta. I niestety, mogłem się potem za to krakanie ukarać jak Zgredek, na przykład wylewając sobie na głowę gorącą kawę, którą wtedy piłem. Ale nie ukarałem się, bo wierzyłem w mistrza przerwowej motywacji jakim jest Wenger. Jak zwykle wierzyłem ślepo. Choć, powiem szczerze, że po golu Robina moja morda zaczęła nabierać dużo więcej pozytywnych kształtów. Nie na długo..Wylana na głowę gorąca kawa, w porównaniu z tym bólem jaki czułem po meczu, to za lekkie nawet dla przedszkolaka. Znów beczałem. Dziś tylko wewnętrznie. Ja głupi, wierny i oddany jak pies fan Arsenalu jeszcze tydzień temu robiłem sobie nadzieję na to, że w końcu stanie się cos pozytywnego. Przez te 7 lat pucharowej posuchy, przywykłem do tego typu wrażeń, jednak emocje zawsze biorą górę. Dlaczego tak się dzieje? Świetny trener, bardzo mocny skład, magiczna szkółka piłkarska, plany wieloletnie. Kibicuję kilkanaście sezonów i co z tego mam? Wspomnienia z pięknych lat, za czasów Piresów i innych cudotwórców. A poza tym, czysta, kibicowska ,wieloletnia wegetacja w oczekiwaniu na lepsze jutro. Jak niejednokrotnie pisałem, jako kibic Arsenalu byłem, jestem i będę przygotowany na ból. Lecz ile jeszcze wytrzymam? Ile mam znosić upokorzeń ze strony „fanów” czy to Manchesteru czy Barcelony?Nie wiem co się dzieje z chłopakami. Potrafią dojechać Czerwone Diabły, a nie dają rady Stoke? Czy, Nasri z Fabregasem są aż tak niezbędni Arsenalowi? Po dzisiejszym spotkaniu chyba każdy stwierdził, ze TAK. Może i Fabregas na opaskę kapitana w oczach wielu nie zasługuje, jednak bez Niego i bez Samira ta wielka armata nie funkcjonuje jak powinna. Może po prostu trzeba zostawić ich dwóch, a wymienić resztę składu? Co z tym Bendtnerem? Znów mi się nasuwa, nieładne „Boss what the f**k are you doing?” . Po co On siedzi bezproduktywnie na tym skrzydle? Mógłby grać jak zawsze na szpicy z Marokańczykiem, za nimi cofnięty Robin. Zawsze swoją celna głowę wsadziłby do bramki. O Arshawinie nie powiem nic, poza tym, że lepiej broni niż atakuje.Dziś mimo tego, że dość krótko grał, podobał mi się Rosicky. Wszedł, miał dużo dobrych, celnych podań, uwalniających czy to Chamakha, czy Van Persiego. Z resztą, jego pierwszy kontakt z piłką dał Arsenalowi bramkę. Zagrał sprytnie za obronę, do Bendtnera, a tamten do Robina. Potem padł gol. A kto mi się dziś nie podobał? Poza dziurami w obronie, głównie poprzez gapiostwo Djourou, to do gustu nie przypadła mi gra Jacka. Tak, tak, właśnie jego. Nie wiem, dziś był jakiś dziwny. Denerwowało mnie to, że za każdym razem, gdy ewidentnie faulował, wdawał się w sprzeczki mając jakieś ALE. Rozumiem boiskową walkę, ale stad blisko do zarozumialstwa. Przecież mógł osłabić swój i tak słaby dziś zespół, bo czerwona kartka wisiała w powietrzu. Ciężko mu się pogodzić z porażką. Z jednej strony to dobrze, bo wyzwala w Nim większą ambicję(czego niektórzy koledzy z drużyny mogą się uczyć od Jacka), ale z drugiej powoduje, że przez chwilę, w ferworze boiskowej zaciętości i bitwy o każdy centymetr, zapomina o tym gdzie jest i co może złego zrobić dla zespołu. Takie jest moje zdanie. Jednakże dobrze wiedzieć że wychowankowi, takiemu talentowi jak Wilshere zależy na zwycięstwach. Oby nie musiał się przyzwyczajać do porażek tak długi czas jak My, kibice Arsenalu.Co mam zrobić? Śmiać się z frustracji, czy płakać? Sam już nie wiem. Mam mętlik w głowie i chyba popadam w chorobę psychiczna. Tak długie kibicowanie Arsenalowi jest bardzo mocno powiązane z komplikacjami umysłowymi. A ulotek nikt nie załącza. W każdym razie, pigułkę o nazwie PAIN & DISAPPOINTMENT będę przełykał jeszcze parę dni. Może tygodni. Liczę na jedno, że tytuł pozostanie w Londynie, i że Chelsea uda się jeszcze wyrwać Diabłom puchar. Jakoś byłbym bardziej zadowolony.Na koniec pozostaje mi powiedzieć jedno. Czy to Premier League, Championship czy League One, Arsenal till I die. Mimo wszystko. Autor: Daniel Janiszewski

„Przypowieść dziesiąta – posezonowe rozeznania” Po sezonie. Można już śmiało stwierdzić. Na dobrą sprawę ostatni mecz jest jeszcze w potrzebie wygrania, gdyż śmiesznym będzie, jeśli Arsenal zmuszony zostanie do gry w eliminacjach Champions League. Klub który jak zwykle walczy o cele najwyższe, klub, który jest niewątpliwie wielki i który ma niezwykłą historie. Niestety historie tylko ma, bo usilnie od kilku lat nie tworzy jej, w sposób godny zapamiętania. Przynajmniej nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ahhh.. Ile to sobie obiecywałem… Tak co roku. Pan Wenger dobrze przygotuje, zawodnicy są w formie. Sukcesy w Emirates Cup, wygrywane sparingi. Początek sezonu obiecujący, napawający radością. Dużo goli, piękna gra. Pogromy na The Emirates i w meczach wyjazdowych.Mija zima. Jako takiej przerwy w Premier League nie ma, ale traktujemy to jak połowę sezonu. Wtedy już wiem czego mogę się spodziewać i jak ten sezon może się zakończyć. Choć jak to powtarzam po tysiąc razy, zawsze wierze do samego końca. Nawet wtedy gdy szanse są już czysto matematyczne. Kiedyś, w komentarzu pod jedna z „przypowieści”, ktoś napisał, że Arsenal to klub, który nie powinien dobierać taktyki do przeciwnika, tylko grać swoje, a rywala zmuszać do wysiłku. Teraz, gdy sezon się zakończył, mogę śmiało stwierdzić, że to było błędne stwierdzenie. Chyba tylko Barcelona nie ustala jakichś wielkich zmian w taktyce i składzie, ale to Nas, kibiców Arsenalu, akurat mało obchodzi. Przecież sam Ferguson, robi roszady w składzie, i często zmienia taktykę, a jak wiemy, ostatnimi laty Manchester United, ku Naszej boleści, jest zespołem o klasę (no może o pół) lepszym niż Arsenal. Przeciwnicy znają to co gra Arsenal na wylot. Wiedza co i jak. Nawet pod teoretycznie słabszego rywala, należało by coś zmienić, żeby zastosować element zaskoczenia. Ale czym Wenger ma zaskoczyć? Wystawieniem Bendtnera na skrzydło? Przecież to piłkarskie zabójstwo tego młodego chłopaka. To facet, który stworzony jest przez naturę, albo do gry w kosza, albo do bycia środkowym napastnikiem. Kto widział dwumetrowego skrzydłowego? Gdyby grał w środku, na pewno by ten swój cenny czerep, niejednokrotnie obił o piłkę, kierując ją do bramki. Może i nie spełnia wszystkich oczekiwań kibiców, ale nie ulega wątpliwości, że nie raz był przydatny, i bramkę strzelić potrafił.Ale cóż tu gdybać? Sezon się kończy, trzeba będzie niektórych zawodników zatrzymać, a niektórych koniecznie sprzedać. Ja mogę tylko wyrazić swoja opinie, wynikającą z obserwacji. Kogo bym sprzedał będąc Arsenem Wengerem? Na pewno pana Denilsona. Całkowicie bezproduktywny, szkodzący swą gra całemu zespołowi. Manuel „Manolo” Almunia. Bramkarz od siedmiu boleści. Facet za którym chyba nikt nie przepada. Nie wiem nawet czy sprzedała się choć jedna koszulka z jego nazwiskiem, w sklepie pamiątkowym Arsenalu. Kolejny „wielki” talent, Carlos Vela. Z całą sympatia do jego osoby, ale za krzywe nogi na te progi, Carlosie. Nawet w West Bromwich Albion, nie dostaje szans na grę. Przegrywa rywalizację z Odemwingie (choć to w sumie nic dziwnego, bo to dobry napastnik), a chciałby rywalizować z Naszym Robinem, czy Walcottem? No i najważniejsze. Więcej razy do bramki to chyba nie trafiał Martin Palermo (wydaje mi się, że za Vele mocno od fanów oberwę). Ci trzej na pewno. Komu dałbym jeszcze rok, na wykazanie się? Taką ostateczna deskę ratunku? Bendtnerowi – z sentymentu dla jego „ratujących dupę goli”. No i zdarza mu się czasami spiąć, zagrać bardzo dobry mecz. Jednak musi grac regularniej. Arszawin? Hm… te mecze z Liverpoolem, te rajdy, asysty.. ale to BYŁO. Teraz pozostało niewiele. Do tego doszła nadwaga, co sam Arszawin potwierdził. Ktoś powiedział, „zawodnik jednego sezonu”. Może się jeszcze otrząśnie.. Tomas „Mały Mozart” Rosicky. Echa krążą o jego odejściu z Ashburton Groove. Z całego szacunku do jego osoby, do tego jak ważnym był zawodnikiem zanim doznał kontuzji, oraz dla jego pięknych bramek strzelanych jak z armat(patrz np. mecz Arsenal – HSV), dałbym mu jeszcze posiedzieć rok. Przyda się Nam starszy zawodnik. Dużo kasy pewnie nie zarabia, klubu na pewno nie obciąża tak jak Arszawin, a i błyski i zagrania jak sprzed lat nadal mu się zdarzają. Kiedyś zapewne uczył się od niego sam Cesc Fabregas, gdy wchodził w szeregi Kanonierów. Eboue, jest dobrym zastępcą na prawą stronę obrony. Jest uniwersalny i na pewno gra ofensywnie, co przy wejściach przed końcem wygrywanego meczu, może skutkować kolejnymi bramkami. No i pan Chamakh. Oczywiście, że do pozostawienia, mało jeszcze posmakował wysiłku Premier League. Jak był „świeży” strzelał na zawołanie. Nabierze masy, potrenuje i będą z niego ludzie. Aaa… no i Squilacci. Na zapchajdziurę do obrony, może zostać. Przynajmniej zgodzi się na rolę rezerwowego. O innych nie będę się rozpisywał bo to raczej tematy neutralne, piłkarze, którzy w naszym przekonaniu spisują się dobrze, czuja się dobrze i pozostaną w Arsenalu. A kogo zatrzymać? Oczywiście największe gwiazdy. Nasri i Fabregas, to dwaj najlepsi pomocnicy na Wyspach, w moim skromnym przekonaniu. Maja mecze lepsze i gorsze, ale Arsenal bez nich mógłby mieć problemy. A na szkolenie zastępcy, przyzwyczajonego do gry w Premier League może być za mało czasu. Mówi się jeszcze o chętnych po Robina van Persie, Theo czy Jacka. Jednak wydaje mi się, że to Kanonierzy z krwi i kości których żadna oferta nie skusi . Na koniec rarytasik. Arsene Wenger. Zwolnic, czy zostawić? To temat śliski do komentowania, bo tak jak są ludzie chętni go zabić, tak i są tacy, którzy gotowi pójść za Nim w ogień. Ja osobiście pomimo krzywd, jakie mi wyrządził, podzielę tezę „In Arsene we trust” . Choć ciężko jest po tylu latach bez sukcesów. Niech jeszcze zostanie. Młody jestem, 2 lata nie zrobi mi różnicy. Jeszcze się pomęczę, a kto wie może Boss nagrodzi w końcu Nas wszystkich?Nie będę się już rozpisywał, bo komu się będzie chciało czytać??? Zróbcie burzę w komentarzach, krytykujcie, wymieniajcie poglądy. Niech trwa internetowa zawierucha, wyduście z siebie te żale i smutki. Zrugajcie zawodników, trenera, mnie. Niech wam ulży. Macie prawo po tak frustrującym sezonie.Autor: Daniel Janiszewski 

„Keep Going!” Czerwiec. Miesiąc gdzie jeszcze każdy dobrze pamięta te dwa ostatnie tygodnie, w ciągu których zaliczaliśmy prawie cały rok szkolny (starszych osób to oczywiście nie dotyczy). Tak samo u piłkarzy. Wielu do tej pory baluje lub leczy kaca po tryumfie. Są jednak i tacy, których trzeba błagać by zostali chociaż na jeszcze jeden sezon w obecnym klubie. Przepraszamy i obiecujemy, że w następnym roku oceny będą znacznie wyższe, piłkarze analogicznie – podpisują nowy kontrakt (antagonistycznie – na ich warunkach…), po czym wypierają się, że nigdy nie chcieli odejść i zapewniają, że „szansa”, którą otrzymali zaowocuje. Jakbyśmy sami siebie słyszeli, prawda?Jakaś tam część społeczeństwa (mam nadzieje, że większa) zdaje sobie jednak po pewnym czasie sprawę, że trzeba rzeczywiście zacząć się uczyć, że nie warto tracić czasu na głupie zajęcia, nieodpowiednie towarzystwo, bo to w przyszłości przyniesie nam kasę, ale co najwyżej tą w Tesco. Podczas gdy ci idą po rozum do głowy, nasza miłość, nasz majestat, nasz klub, Arsenal coraz jaśniej daje do zrozumienia, że stacza się na dno. Może nie do końca moralne, bo trudno porównywać człowieka z zespołem piłkarskim, ale z ludźmi, którzy ten zespół prowadzą już tak. Nie chcąc jednak stosować dalej tych dość dziwacznych porównań mam zamiar uderzyć w sedno sprawy, dlaczego tak jest? Dlaczego motywacji wystarcza nam maksymalnie od sierpnia do lutego? Można podać wiele przyczyn, jak: taktyka, dobór piłkarzy, trener, którego nie lubimy, ale według mnie odpowiedź w dużej mierze zawarta jest już w pytaniu. „Motywacji”. Niestety nawet jedna czwarta naszych piłkarzy nie może sobie spokojnie powiedzieć, że wypluła z siebie wszystko, że przeszła granicę gdzie nie liczy się już wielkość mięśni, a wielkość, potęga naszego mózgu, naszej psychiki. Chyba, że ktoś ma taki tupet? Ale to inna sprawa.Nie byłem nigdy w ich szatni, na treningach, nie widziałem jak się zagrzewają do meczu, czy ostro pracują przed spotkaniem, ale na miłość boską, co się tym ludziom wpaja, że oni w ostatnie 3,4 miesiące wyglądają jakby w nic już nie wierzyli?! Zmęczenie? Zmęczenie jest tylko dla tchórzy. Tak jak mówi w kapitalnej rozmowie z synem tytułowy bohater Rocky Balboa: „Życie to nie tylko słońce i tęcza. To podłe i paskudne miejsce. I nieważne, jaki jesteś twardy. Życie sprowadzi Cię siłą na kolana i będzie Cię tak długo trzymać, dopóki mu na to pozwolisz. Ani ja, ani Ty, ani nikt inny nie bije tak mocno jak życie. I nie chodzi o to jak mocno mu oddasz. Chodzi o to ile jesteś w stanie otrzymać ciosów. I wciąż iść na przód. Ile jesteś w stanie znieść i nadal iść do przodu. Tak powstaje zwycięzca! Jeżeli wiesz na co Cię stać, weź to na co się stać. Ale musisz być gotowy na nadchodzące ciosy. Przestać pokazywać palcem i mówić, że nie jesteś tam gdzie chciałeś być z jego, jej, czy kogoś powodu. Tak robią tchórze. A ty nim nie jesteś. Jesteś kimś lepszym!”Banał, powiecie, ale jeśli to takie proste, to czemu od tylu lat jesteśmy synonimem palącej się świeczki na grobie? To nie tylko wina Wengera, bo żaden trener nie chce by ktoś stał w miejscu, a wręcz przeciwnie. Może za słabo się stara, a może „uczniowie” są odporni na wiedzę? Trudne do ocenienia.Manchester United i tacy piłkarze jak Gibson, O’Shea, Brown, Carrick, Evans to istny fenomen, tak, nie przesłyszeliście się, fenomen! To idealne przykłady ludzi, którzy są tam gdzie są, tylko (albo i aż) dzięki ciągłej walce, dzięki ciągłemu parciu naprzód. Technicy z nich marni, ale przecież Ferguson nie trzyma ich w kadrze – bo tak… W każdym zespole znajdzie się paru takich, którzy nie wiedzą co to porażka, dla których upadek jest tylko przystankiem, koleją życia. Nawet u nas, ale jest to zbyt mała ilość. I to mnie martwi, tym bardziej, że zwykłych, prostych rzemieślników nie mamy jakoś nadto. Każdy jest w jakiś sposób wyjątkowy, nie ma kompletnej szarości, a jeśli jest, to tylko powierzchowna, pod którą najczęściej kryją się piękne barwy. Problemem, porażką jest ich nie odkrycie, a to drużynie, która co roku mierzy tak wysoko nie ma prawa się zdarzyć! To nie zespół ze średnią wiekową 19.0, tutaj nie ma czasu na usprawiedliwianie się. Albo „jesteś kimś lepszym” albo „tchórzem” i mam nadzieje, że z takim podejściem wejdziemy w nowy sezon.Autor: Filip Kobiałka 

„Przełamanie?” Koniec meczu. Wszedł do szatni. Tam czekali już na niego wszyscy piłkarze. Rozglądnął się po całym pomieszczeniu. Nikt nie był w stanie popatrzeć mu prosto w oczy. Nawet ci, którzy nie zawiedli… Nie oznaczało to jednak, że nikt nie poczuwał się do winy, wręcz przeciwnie. Pierwiastkami złości, frustracji, niewiedzy „dlaczego znowu?!” było czuć na kilometr. Niepotrzebne były wiązanki epitetów by to zauważyć. Twarz, oczy tych ludzi mówiły wszystko.Jak więc paradoksalnie rozpocząć to zakończenie?! Jak do tych ludzi trafić? Jak nie być schematycznym i nie mówić ciągle, że będzie dobrze, ale jak też ich nie przybić jeszcze bardziej? Jak po prostu znaleźć złoty środek? Miliony pytań, zero odpowiedzi. Piłkarze czekali. Wiedzieli, że w głównej mierze ich winą jest to, w jaki sposób kończą kolejną kampanie, ale z tego właśnie względu czekali na radę, na pomocną dłoń. Jeśli w ich poczynaniach nie było zdecydowania, kropki nad „i”, to ta powinna znaleźć się chociaż w słowach Mentora. Wszystko to sprawiało bardzo dziwne wrażenie. Tak jakby Oni sami prosili się o kubeł zimnej wody. Tylko terapia szokowa mogłaby przynieść skutek. Twierdzili. Wiara, nadzieja i parę innych wyświechtanych sloganów Wengera (z samego faktu na słowo – wyświechtanych) były nie do przyjęcia. Jeśli od 6 lat nie zaliczyliśmy praktycznie żadnego progresu to może warto byłoby coś zmienić? Zastanawiali się Kanonierzy… Były to jednak tylko przemyślenia poszczególnych graczy. Trener musiał sam zacząć. Sam wiedzieć, co chce przekazać, gdy grobowa cisza było już niezręczna, w szczególności dla Niego – zaczął mówić:„Witam, a zarazem się żegnam, gdyż był to nasz ostatni mecz w sezonie. Po pierwsze chciałem wszystkim podziękować za wkład (mniejszy, czy większy – nieważne), jaki włożyliście w to przedsięwzięcie.Po drugie wyrażam podziw dla wszystkich – Za to co robicie, za to, że pozwalacie mi wierzyć, że mogę z wami osiągnąć bardzo wiele, że mogę z wami przekroczyć nawet najbardziej niebezpieczną linię, ale z fantastyczną świadomością, że stoicie za mną murem. Stworzyłem drużynę godną mistrzostwa, którą nie można mierzyć miarą ilości pucharów w gablocie, ale tym jak na każde zdarzenie, bodziec reaguje. Media widzą tylko jedną prawdę, ja widzę w was zwycięzców…”Pochwałom nie było dość, jednak wśród piłkarzy narastało oburzenie. Więc jak? Nic nie zrobiliśmy źle? To nie my jesteśmy winni? Tyle lat, tyle upokorzeń – jak można w tym znaleźć jakiekolwiek pozytywy? Trenerze…Z każdą chwilą wydawało się, że zaraz może powstać komitet sprzeciwu tego co niosło się po całej szatni. Ciągłe podziękowania, uwielbienia – DOŚĆ! Nie to Chcieliśmy usłyszeć! Wulkan w głowie prawie każdego piłkarza już kipiał, gdy nagle cud! Nastąpił zupełny kontrast…„Na koniec chciałem jednak zaznaczyć, że postaram się coś zmienić. Mimo, że widzę jak każdy bardzo się stara, to chcę byście wiedzieli, że w szczególności moje błędy dostrzegam. Nie wszystko jest piękne w naszym dzisiejszym położeniu, to oczywiste. To nie jest tak, że ja wyobraziłem sobie nową definicje sukcesu, że wystarczy mi to jak jedynie biegacie z piłką po boisku. W każdym elemencie życia chodzi o sukces, o zadowolenie, o samospełnienie. Rozumiem waszą frustrację, ale tak bywa w sporcie. Trzeba czasu, cierpliwości, determinacji by coś zbudować. Często wiele sukcesów upada, odchodzi w zapomnienie tak szybko jak powstały. Nie tego chcę. Nie chcę byście po łatwym paśmie zwycięstw całkowicie się zniechęcili, a tak często bywa w wyżej przedstawionej sytuacji. Za niedługo kolejna szansa. Ja postaram się wycisnąć z siebie wszystko, co najlepsze i jeszcze więcej by nasz (nie mój) plan się udał. Mam nadzieje, że z waszej strony również spotkam się z taką postawą. Do zobaczenia w sierpniu!”Jest! Ależ ulga! Chyba coś zrozumiał! Jak to w jego zwyczaju – zupełna enigmatyczność, ale zapewnił… Nowych kolegów, nowe pomysły, zmiany…? Do zobaczenia w sierpniu! Odpowiedzieli. Autor: Filip Kobiałka

„Przypowieść jedenasta – nieprzychylnie o finale słów kilka”Finał Champions League. Czy powinien Nas obchodzić, zwłaszcza, że grały dwa najbardziej znienawidzone przez większość fanów Arsenalu kluby? Z fanatycznego punktu widzenia, powinniśmy mieć w nosie kto ten puchar zdobędzie, z tego chociażby względu, że nie jest to Arsenal. Jednak jeżeli kochamy futbol i liczy się dla Nas także to, by oglądać świetne mecze, bez względu czy z Kanonierami czy bez, to jak najbardziej do finału należało zasiąść.Zagrała Barcelona przeciwko Manchesterowi United. Barcelona uważana za esencje futbolu. Ja osobiście nie wiem dlaczego, bo jeżeli ktoś nie pamięta to przypomnę , że kopanie baraniego flaku przybyło na Wyspy Brytyjskie najwcześniej i rozwinęło się tam w niewiarygodnym stopniu. Futbol totalny grany w dzisiejszej piłce, wymyślili zaś Holendrzy. Wszyscy jednak „znawcy” uznają jakoby to Barcelona została stwórcą piłki nożnej. Gdyby takie podawanie gały przez pół godziny miało sprawić, że zainteresuje się tym sportem, to wybrałbym bardziej emocjonujące zajęcie, jak na przykład wyścigi ślimaków. I nie z tego względu byłem bardziej przychylny Manchesterowi. Kocham Premier League i dlatego byłem za Czerwonymi Diabłami. Mimo, że niechęcią pałam do nich ogromną.Jak zwykle przy meczach Barcelony pojawia się watek sędziowski. Otóż ja wszystkich zwolenników krytyki pracy arbitrów w meczach Dumy Katalonii popieram. Pomijając fakt, że skrzywdzono mój boski Arsenal. Wcześniej był Real, i chyba z milion razy Chelsea Londyn. Teraz, w finale powiem śmiało, był skrzywdzony Manchester. Może nie tak zauważalnie, ale jednak nie podobało mi się to, jak sędziowie gwizdali. Zarzucicie mi zapewne jednostronność z nienawiści do Barcelony. Zanim to zrobicie, powiem jedno. W NOSIE (mogę wulgarniej) miałem kto ten finał wygra. Patrzyłem całkiem sztywnym okiem, bez optymizmu. Jakbym jadł płatki na śniadanie. I stąd wnioskuję, ze sędziowie gwizdali pod Barce, choć nie w tak dobitny sposób jak zwykle. Gdy zawodnik Manchesteru dotykał któregoś z grajków Barcelony mocniej, niż przeciętny człowiek napina się w toalecie przy wiadomej czynności, od razu był odgwizdywany faul. Ja uważam, że skoro gra drużyna ewidentnie techniczna z siłową i szybkościową, to gwiżdże się po połowie. Trzeba dostosować poziom sędziowania do typu zespołów jakie grają.Aktorzy i jeszcze raz aktorzy. Cantona, wchodzący w świat filmu może się tylko uczyć takich zagrywek. A najlepszymi korepetytorami są Busquets, Alves i Pedro. Ciągle ci sami, i ciągle, o dziwo, udaje im się nabierać każdego. A co do faceta sterującego tym teatrem. Uważają go za cudownego szkoleniowca. Tylko powiedzcie mi, jakie trzeba mieć predyspozycje by wygrywać z takim składem? Żadnych.Ale żeby nie było, że tylko Barcelonę obsmaruje. Manchester zagrał tak strasznie, że wierzyć mi się nie chciało. To nie Barcelona zagrała cudownie, tylko Czerwone Diabły tak słabo. Podania do kontry były zazwyczaj niedokładne i w ogóle gra nie kleiła się po stracie drugiej bramki. Przycisnęli pod koniec meczu, jak to zazwyczaj zespoły z Anglii, jednak okupili to strata kolejnego gola, i w rezultacie koledzy z ławki rezerwowych mogli już pomagać w pakowaniu. Nie wiem co opracował Sir Alex, którego jak chyba każdy, darzę wielkim szacunkiem, ale nie wyszło to kompletnie. Choć My, kibice Arsenalu, jesteśmy akurat przyzwyczajeni do nieudolnych zagrywek szkoleniowca.Finał się zakończył, za dwa lata nie będę pamiętał pewnie kto go wygrał, bo dla mnie był mało ważny. Chciałem tylko oglądać dobry futbol. W przyszłym sezonie mam nadzieję, znów oglądać Arsenal w elicie klubów Europy, jednak głowa chce mi eksplodować na myśl o tym, że Kanonierzy muszą się do Ligi Mistrzów ZAKWALIFIKOWAĆ. Cóż, taka jest piłka. Błędy sędziowskie, dramaty, zwycięstwa, wzloty i upadki. Złe taktyki, anty fani, pseudo fani i prawdziwi fani. Bramki, faule, krytyka. Ale kurde, ludzie! Czy to nie jest w tym wszystkim najpiękniejsze!?P.S. przepraszam jeżeli kogoś uraziłem tym felietonem. Mam po prostu prawo do swojej niezależnej opinii. Dziękuję.Autor: Daniel Janiszewski 

„Przypowieść dwunasta – futbolowe wakacje” Wakacje. Koniec z wielkim ligowym futbolem. Nie ujmując nic aktywnym ligom (litewskiej, białoruskiej czy norweskiej), to jednak wrażenie już nie to, a i chęci na oglądanie brak. Wielki piłkarski przestój, zakończenie sezonu, ostatnie kolejki lig dawno za nami. Kibice wielu klubów z sezonu mogą być zadowoleni lub zawiedzeni. Niektórzy jeszcze w euforii, inni nadal pogrążeni w smutku. Jedno na pewno łączy ich w odczuciach – nadzieja na wspaniały przyszły sezon. Głównie za sprawą spektakularnych transferów, o których każdy fan ma nadzieję usłyszeć lub przeczytać, by chodzić potem z podniesiona głową, ciesząc się na myśl o nowym zawodniku, wzmacniającym zespól w walce o najwyższe cele. Cieszą głownie transfery „głośne”, takich graczy, o których piłkarski świat słyszał w stopniu większym, niż tylko z nazwiska i klubu w którym aktualnie gra. Choć dla tych, którzy piłką interesują się mocniej, wiadomym jest, że transfer zawodnika z tak zwanej „górnej półki”, nie zawsze okazuje się sukcesem. Ci mniej znani, oraz Ci całkowicie incognito, także potrafią namieszać i realnie wzmocnić zespół, poprzez dobre wkomponowanie się w skład i wyznaczone mu pozycje na boisku. Najlepszy przykład – Javier Hernandez.Ja osobiście jestem głodny każdej nowinki, zdania, czy nawet nazwiska zawodnika wymienianego w kontekście transferu do Arsenalu. Choć interesuje się także pozostałymi ruchami na rynku, bo warto wiedzieć co i gdzie w murawie zapiszczy po pierwszym gwizdku sezonu.Jako kibic Arsenalu dobrze wiem, że mamy Szefa dusigrosza, który w tamtym wcieleniu był chyba przysłowiowym Szkotem, czyli skąpcem o jakim Molierowi się nawet nie śniło .Wydaje się, że nadal ten Szkot przez niego przemawia. Przyzwyczajony jestem do tych transferowych zapewnień Arsena, głównie wywoływanych słabym sezonem i linczem ze strony kibiców. Jednak gdy emocje już opadną to i transfery jakby traciły na jakości. Przynajmniej jeżeli chodzi o wspomniane „wielkie” nazwiska. Bo złych ruchów transferowych Wengerowi zarzucić nie można. Najlepszy przykład – Laurent Koscielny. Może Chamakh troszkę pozostawia do życzenia, jednak uważam, że gdy nabierze masy i odpocznie to pogra na wysokim poziomie przez cały sezon, a nie tylko kilka kolejek.Teraz na Celowniku Gervinho, Alvarez(?), Samba. I to chyba tyle, jeśli chodzi o głównodowodzących sprawców zamieszania transferowego wokół Arsenalu. Z czasem być może dojdą inne, konkretne oferty o zakontraktowanie innych zawodników, jednak nam pozostaje satysfakcja z tego co już jest. A co jest? Rozmowy. Tradycyjnie długie sagi, które przyprawiają mnie o mdłości. Głównie przez skąpstwo Bossa. Z jednej strony się cieszę, bo łata dziurę po budowie Emirates Stadium, z drugiej chciałbym żeby poluzował pasa, tym bardziej teraz, gdy pan Kroenke rzuca papierkami. Manchester United zakupił już usługi De Gei, oraz Younga, którego większość z Nas pragnęła oglądać z armatką na piersi. Tym bardziej że Nasz skrzydłowy Rosjanin gra dość przeciętnie. Kanonierzy zaś, jak to zawsze bywa, negocjują i negocjują. Dla kibica ciekawsza jest już chyba tysięczna sprzeczka Brooke z Ridgem, niż to, co serwują Nam klubowi działacze z Wengerem na czele. Gervinho to byłby dobry transfer, jednak nie zapominajmy, że chłopak przychodzi do Premier League i w pierwszym sezonie może być drugim Marouanem. Z resztą, każdy klub w lidze angielskiej, musi się liczyć z tym, że nowi piłkarze mogą nie podołać trudom związanym z treningiem i grą w najbardziej wymagającej lidze świata. Moim zdaniem lepiej szukać zawodników ogranych, takich jak Samba. Choć serce mnie boli jak pomyślę, że Kościelny czy Vermaelen musieliby siedzieć na rezerwie. Moim zdaniem zasługują na pierwszy skład bez dwóch zdań, a Samba raczej grzać ławki nie zamierza, wiec nie przejdzie, jeśli Arsene nie zagwarantuje mu gry w podstawowym składzie. Kosztem oczywiście, któregoś z wyżej wymienionych Kanonierów. Przy Alvarezie (?), bo cóż ja o tym chłopaku wiem? Pierwsze słyszałem po zakończeniu sezonu, wcześniej zaś, więcej mówiła mi nazwa nawozu do kwiatków, niż jego nazwisko. Ale kto wie, może nos skautów znów okaże się niezawodny.O obsadę bramki jestem o dziwo bardzo spokojny. Wojtek broni pięknie, Łukasz jak pogra ze dwa, trzy mecze i wejdzie w tryb meczowy, także jest pewnym punktem.Na koniec pozostawiam przekąskę, czyli transferowe ruchy wewnętrzne oraz eksportowe. Najlepszych zawodników nakłonić albo do pozostania, albo maksymalnie wycisnąć każdego funta z chętnych do kupna, w zamian sprowadzając kogoś równie dobrego lub lepszego. Osobiście uważam, że tacy jak Fabregas czy Nasri musza zostać. Czy tak trudno, mając do dyspozycji tyle kasy, podnieść jednemu z najlepszych piłkarzy w Europie(Nasri) pensję o 20 tysięcy???To co najmniej śmieszne. Clichy, pomimo że jest jednym z najlepszych lewych obrońców, nie tylko w lidze, ale i w moim mniemaniu, na kontynencie, ostatnio strasznie kaleczy rzemiosło. Więc ostatecznie można sprzedać, ale nie zapominając o równowartej wymianie. Z całym szacunkiem dla Gibbsa, ale do Gaela mu brakuje. Z żalem żegnam się z Bendtnerem (choć jeszcze nic nie przesądzone). Zapytacie – WHY?? Because, to solidny napastnik, jedyny stosowny zmiennik na szpicę dla Chamakha czy Robina, któremu Wenger podciął skrzydła stawiając go na boku boiska. Nie jest wybitny, może i „drewniany”, ale niektóre jego bramki są dla Kanonierów nieocenione(wiele zdobytych w 90 minucie). Ale cóż, o gustach się nie rozmawia.Tak więc, moje wspaniałe, kanonierskie , pokrewne dusze. Czekajmy na te transfery z dystansem, bo znów możemy się zawieść. Z drugiej strony wiem, że to tylko takie moje gadanie. Bo ja sam już układam sobie w głowie skład na następny sezon, okraszony zwycięstwami i euforią. Aha, jeszcze jedno – always optimistic, always fans of the Gunners:)Autor: Daniel Janiszewski

„Przypowieść trzynasta – Co by było gdyby..?” Właśnie. Nie zastanawialiście się czasami nad tym, co by było gdyby? Gdyby Wengera zwolniono po tym sezonie, lub gdyby odeszli Nasri z Fabregasem? Gdyby Van Persie, niezadowolony z godnego zastępstwa dla wcześniej wymienionych playmakerów, także odszedł z klubu? Co by było, gdyby Chamakh nie wzniósł się z powrotem na wyżyny swoich możliwości klepiąc biedę, a Bendtner odszedłby, zostawiając za sobą puste miejsce, bez żadnego zastępcy? Gdyby nie było dalszych transferów (choć kto tam Cię wie, Arsene!), a jeśli już, to okazałyby się one dobrymi na jedyne pół sezonu, nie dając rady naporowi Premier League? Gdybanie jest dobre, i chętnie o swoim Wam opowiem.Tak więc, zacznę od Wengera. Wiele jest głosów przeciw, wiele za. Jedni uważają, że bez Arsene’a Arsenal nie istnieje, że” in Arsene we trust” , a także, że imię zobowiązuje. Inni uważają (i tu się chyba powoli zaczynam zgadzać), iż era Wengera powinna dobiec końca. Aczkolwiek ja cierpliwie poczekam ten ostatni sezon. Nerwów już mi brak, na głowę wchodzi siwizna, paznokci dawno nie mam, a ziółka na uspokojenie(nie takie, jak myślicie), dawno mi się w apteczce skończyły. Ale przeboleję jeden, ostatni sezon. Obym nie musiał. Chciałbym się cieszyć z jakiegoś pucharu, ale sił na wpajanie sobie tych głupot powoli mi nie wystarcza. Z drugiej strony, jestem też i z tymi fanami od bezgranicznej wiary w umiejętności Bossa. I jeszcze z jednego powodu. Ze strachu. Nie wiem, czy tez tak macie, ale ja boje się o to, co będzie z Arsenalem gdy Wenger odejdzie. Przyjdzie drugi Hodgson i spuści Kanonierów do środka tabeli? Zawodnicy odejdą, zanim klub powróci na dobre tory, znów wypadnie kilka sezonów, i Arsenal stanie się na długie lata zwykłym średniakiem, patrząc na zbrojenia innych klubów. I pisanie że Manchester City, czy Tottenham to „śmieszne” kluby, jest już od kilku sezonów nie na miejscu, bo oni sukcesywnie pną się do góry, często po drodze lejąc Nam tyłek. Ja bardziej z obawy o klub, zgadzam się na to 4 miejsce w tabeli.Co się stanie gdy odejdą gwiazdy Armat? Ja uważam, że Wilshere i Ramsey, to stanowczo za mało na pociągnięcie zespołu cały sezon. Spektakularnych transferów bym się nie spodziewał, nie miałby kto kreować gry. Ostatnio Rosicky zaliczył asystę i gola, ale jak wiemy rywal słaby. Choć po Tomasie dobrej gry spodziewać się można, aczkolwiek z uwagi na jego wiek i kontuzje, nie do przesady. Zostałoby nam kilu dobrze zapowiadających się Frimpongów i nic poza tym. Wenger stwierdziłby, że to wystarczy do zwycięstw, bo chłopcy są głodni gry i trofeów. Co za tym idzie odszedłby prawdopodobnie Robin, który, jak wiemy, stwierdził, iż niezadowalające go nowe transfery w zastępstwo starych graczy to brak perspektyw odnośnie zwycięstw. Temu, że chłopak chce coś wygrać mając już 28 na karku, nie ma się co dziwić.Gdyby odszedł Robin Van Persie, pozostałby dynamiczny Walcott (jednak słaby technicznie), ospały Arszawin, Vela (ledwo grający w West Brom), Chamakh (który w połowie sezonu szuka swojego drugiego „ja”), oraz Bendtner (ustawiony za pewne na skrzydle). Plus, rzecz jasna, kilku utalentowanych młokosów. Gdyby każdy z nich miał formę, o napad nie ma się co martwić. Jednak wymienieni, albo grają w kratkę, albo dostają mało szans na grę. Albo – w przypadku Nicklasa – traktowani są wręcz nieludzko, bo kto takiemu chłopu każe grać na skrzydle? Może i „drewniany”, może ja się nie znam. Wiem za to, że grając na szpicy łeb zawsze wsadził i gola ustrzelić umiał.A co będzie, gdy przyjdą nowi zawodnicy, głównie z innych lig niż Premier League, przyzwyczajeni do mniejszych obciążeń podczas sezonu, do jedzenia karpia w przerwie zimowej i do grania z prędkością żółwia? Będzie to samo co z Chamakhiem. Pół sezonu i zadyszka, drugie pół to klapa i kolejne porażki Arsenalu czuć w powietrzu. Rzecz jasna, różnie się różni ludzie aklimatyzują, i daj, Boże, żeby Gervinho siepał gole cały sezon. Tak on, jak i inni nowi zawodnicy.No właśnie, co by było gdyby nikt już nie przyszedł…Nagdybałem się porządnie i już mi czacha spuchła od tego wszystkiego. Wywaliłem same czarne scenariusze, na gadkę o pozytywach nadejdzie pora. Wiem, że Wy zapewne gdybacie na swój sposób, ale zawsze po przeczytaniu takich wypocin jak moje, możecie mieć jakiś punkt odniesienia do kłębków w Waszych głowach. A co do Arsenalu i jego wojażu po Azji rzeknę jedno – Qù qù āsēn nà! ( ciu ciu Arse na! czyli go go Arsenal! – ponoć po chińsku ^^).Autor: Daniel Janiszewski

Dodaj komentarz